Cyrk przyjechał

Tak, wiem: kto ma autystyczne dzieci, w cyrku się nie śmieje. Jednak ten cyrk naprawdę przyjechał i rozbił się pół minuty spaceru (w linii prostej) od naszego domu, powodując konsternacje konwersacyjne. Bo kiedy mówiłam, że pod domem mam cyrk, wszyscy traktowali to metaforycznie i musiałam wysyłać zdjęcia, żeby pokazać, o co mi chodzi.

Ten cyrk metaforyczny, to jednak najczęściej mam w domu, nie pod nim. Szczególnie, że oszczędnościowo deweloper nie przewidział piwnicy. A ta piwnica bardzo by mi się przydała, nie ukrywam, no ale co poradzić…

Wracając jednak do cyrku: rozbija się po sąsiedzku od paru lat, na tych ciągnących się hektarami nieużytkach. Kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy podjeżdżający w nocy konwój, tooo się nieco wystraszyliśmy, że cholera wie co, bo przecież nie kosmici! Ale przez okno wyglądało podobnie. I już nie wiem, kto pierwszy oprzytomniał, że przecież na Biedronce wisi plakat o cyrku, ale następnego poranka poszłam sprawdzić. Z psem. Znaczy suką. I proszę mi się nie śmiać z gabarytów, bo jak JRT się zawiesi na jazgocie, to mu doberman może wiązać sandały. Gdyby przypadkiem JRT chodził w sandałach.

No i faktycznie: był cyrk. I ja sobie pomyślałam, że skoro tak, to muszę raz w życiu do tego cyrku iść. Nie, że umieram, ale nigdy nie byłam. Bo już bliżej cyrku mieć nie będę (nie licząc tego domowego, oczywiście). Nie miałam racji, ale o tym za moment.

Obserwacja, jak przyjeżdżają nocą, stawiają ten namiot błyskawicznie i w zasadzie rano wszystko jest gotowe, potem dają dwa przedstawienia i zwijają się w ciągu dwóch godzin, nie zostawiając po sobie śladu, jest naprawdę fascynująca!

Poszłam z chłopakami i byliśmy zachwyceni. Zmarzliśmy jak nie wiem, ale przedstawienie było rewelacyjne! A największy mój szacunek wzbudził fakt, że mimo średniego obłożenia (poszliśmy na spektakl popołudniowy, w tygodniu, kiedy normalni ludzie są w pracy lub szkole), artyści dali z siebie wszystko. Zupełnie jakby występowali przed wypełniającą cały namiot publicznością.

Rok później chłopaki poszli z Piterem, bo ja umierałam na korzonki. Wrażenia mieli identyczne i nawet próbowali mi zrelacjonować różnice w programie 🙂

W ostatnią sobotę, późną nocą, znów zjechały na pole obok kosmiczne ciężarówki. I tu wracamy do fragmentu, że bliżej się nie da. Dało. Natomiast nie dało się wydusić z domowego budżetu funduszy i tym razem do cyrku nie poszliśmy.

Trochę przykro. Zwłaszcza, że nie mamy pewności, czy za rok sposobność się powtórzy. Zabudowują nam te Błonia, powoli, ale konsekwentnie. Cóż… nawet gdybyśmy nie mieli więcej okazji, to ostatecznie raz w cyrku byliśmy! Znaczy ja, bo chłopaki dwa. Więc kto wie? Może uda się do trzech razy sztuka?