Z tematów trudnych, takich co to ich nie rozumie prawie nikt na zewnątrz, najczęstszym jest ten związany z wyjazdami. No bo dlaczego ja nie wsiądę sobie w samolot czy tam pociąg i na kilka dni nie wyjadę? Tak dla zdrowia psychicznego chociażby.
I to jest problem, którego nie udaje mi się wytłumaczyć w zasadzie nikomu. Jak sama próbowałam go rozgryźć, też miałam problem, więc nie winię innych ludzi. Bo to z jednej strony jest głupie, ale z drugiej… No właśnie, z drugiej…
Normalny człowiek skorzystałby z okazji i po prostu spakował torbę, a potem przez tydzień odpoczywał z dala od domu i wiecznego w nim uwiązania. I jak myślę racjonalnie, to sama siebie nie rozumiem. Dlaczego nie polecę do siostry (albo z siostrą nie wybiorę się na jakiś babski wypad)? Dlaczego nie pojadę na weekend do którejś z koleżanek? Dlaczego z jednej strony chciałabym i wiem, że to by mi się przeogromnie przydało, a z drugiej na samą myśl, że mogłabym gdzieś sama wyjechać, robi mi się słabo?!
Przecież poradziliby sobie sami przez kilka dni! Gotować potrafią. Pralka, żelazko i odkurzacz im nie obce. No dobra: porządki w domu trzeba by potem gruntowne robić, ale bez przesady.
Zanim pojawiły się moje wymagające stałej opieki dzieci, jeździłam. Sama. Wszędzie. Nie miałam z tym najmniejszych problemów. Moja praca wiązała się z nieustannymi wyjazdami po całej Polsce. Wyjeżdżałam na zagraniczne seminaria. Rok w rok spędzałam urlop u Key. Nie siedziałam przykuta łańcuchem do kaloryfera w domu.
Odpowiedź okazuje się bardzo prosta. Właśnie dotarliśmy do empiryczno-psychologicznych uwarunkowań, które w skrócie można nazwać adaptacyjnym systemem przetrwania.
Masz do wyboru: albo przejdziesz w tryb: jestem zdany wyłącznie na siebie – i wtedy po prostu nie masz opcji „wyjazd na tydzień bez dzieci”, albo masz wsparcie i pomoc z zewnątrz – i wtedy nie masz najmniejszego problemu z łapaniem oddechu i regenerowaniem nerwów (a może nawet rozwijaniem pasji i budowaniem relacji towarzyskich).
Te tryby wzajemnie się wykluczają.
Nie, nie możesz sobie przeskoczyć z jednego w drugi. Chyba, że zmieni ci się sytuacja. Ale jeśli cały czas, od wielu lat, funkcjonujesz w trybie: muszę sobie sam z tym radzić, to nie masz w nim miejsca na funkcjonowanie poza domem. Inaczej byś zwariował i nieustannie cierpiał, że nie możesz tego, czy tamtego. Nie mogę iść z koleżanką na kawę. Nie mogę z mężem wyjechać na weekend bez chłopaków. Nie mogę wyskoczyć z siostrą na tydzień do Werony.
Nie, nie mogę. Więc wykreślam takie punkty z życiowej rozpiski. I dlatego potem nie jestem w stanie ich w nią wpisać.
Piter nie ma takich problemów. Dlaczego? Bo przez cały ten czas wyjeżdżał. Służbowo. Na wyjazdy integracyjne. Na łódki. Na zjazdy klasowe. W jego oprogramowaniu jest opcja: wyjeżdżam na kilka dni i Jo w tym czasie wszystkim się zajmuje. Więc nadal może to robić. U mnie takiej opcji nigdy nie było, więc skąd niby ma nagle zaistnieć?
I ja mam świadomość, że to jest głupie, OK? Ale ja w ogóle nie potrafię funkcjonować samodzielnie poza domem. To się pewnie jakoś przerabia na terapiach i tak dalej. Ale wiecie… na terapię trzeba wyjść z domu, samemu. Tymczasem moim największym sukcesem jest samodzielne wyjście z psem (niechętnie, ale zdarza mi się), albo jazda rowerem do Pałacu, gdzie jestem umówiona z Jaśkiem. I ja to nazywam wtórną niesamodzielnością życiową. Bo to nie jest tak, że ja w ogóle sobie w życiu nie radzę. Prawdę mówiąc ta rodzina funkcjonuje wyłącznie dzięki temu, że wszystko ogarniam. Natomiast nie istnieję jako jednostka indywidualna, w zasadzie nigdzie poza gabinetem lekarskim, do którego najczęściej zawozi mnie mąż.
Puenta?
A bo, cholera, wiem?