Wczoraj były, wiem, jeszcze nie straciłam poczucia czasu. Aż tak. Straciłam natomiast resztki opanowania, co wyjątkowo zadziałało na naszą korzyść. Opowiedzieć?
Zaczęło się od kolejnej zarwanej nocy i zrywającej się na równe nogi o siódmej rano suki. Jak już się łaskawie opanowała i postanowiła na chwilę jeszcze się zdrzemnąć, zdrzemnęłam się i ja i obudziłam bliżej południa, niż czegokolwiek innego.
Oczywiście panowie, pod pretekstem niebudzenia mnie, nie ruszyli zaplanowanych prac, więc w południe wiadomo było, że zasadniczo dzień mamy w plecy. No i lekkomyślnie postanowiliśmy spróbować uratować te mikołajki.
Jednym ze sprawdzonych miejsc do ratowania sytuacji, jest Pijalnia Czekolady Wedla na Nowym Mieście. Jednakże niemal w momencie, kiedy wychodziliśmy, okazało się, że Kuba ma palący problem ze swoim układem pokarmowym. I to jest taka sytuacja, w której nie wiadomo, co zrobić, bo każda decyzja będzie zła.
Pojedziemy – on ma problem, przy którym czekolada nie jest najlepszą opcją.
Nie pojedziemy (a wszyscy w butach stoją przy drzwiach) – będzie dzika awantura z powodu zmiany planów.
Pojechaliśmy.
Po drodze strasznie dupę truł (i ja ogromnie przepraszam, ale tego nie da się kulturalniej określić). A Ten Drugi oczywiście nie mógł się zatopić w muzyce dobiegającej z wciśniętych do uszu słuchawek i co chwilę strzelał jakimś komentarzem. Ale wreszcie zaczęły działać leki i na miejsce dotarliśmy w opanowanych nastrojach. Tak relatywnie.
U Wedla było mikołajkowo, zwłaszcza że od progu powitał nas nasz ulubiony Król Julian (wystąpił w kilku wcześniejszych opowieściach) i wszystkim poprawił się humor. Kubie też.
Potem pomyśleliśmy, że właściwie można by się przejść. Rzucić okiem na świąteczne dekoracje. Poczuć się przez chwilę w tym tłumie jak Homo sociologicus. Zobaczyć, co tam nowego wystawił w witrynie Bolesławiec… Czy rozwaliłam sobie uszy, bo nie wzięłam czapki, która – jak się okazało – cały czas była w kieszeni mojej kurtki? Być może…
I kiedy wracaliśmy do samochodu, trochę taką łukowatą trasą, okazało się, że Kuba musi do toalety. A jak Kuba zgłasza, że musi, to zasadniczo toaleta powinna się znaleźć natychmiast.
Nie znalazła się. I zapewniam was, że jest to jedna z tych życiowych sytuacji, w której nigdy, przenigdy nie chcielibyście się znaleźć.
Dotarliśmy na parking pod sądami, gdzie Piter zostawił auto. Są toalety. Zamknięte.
Mój mąż, przy wszystkich swoich zaletach, nie jest (powtórzę: nie jest!) osobą chwytającą za ster w kryzysowych sytuacjach, wymagających natychmiastowego działania. A ja byłam zmęczona po trzech tygodniach bezsenności i walki w astmą i ostrą alergią. W rezultacie: biedny Kuba wpadał w coraz większą histerię, Piter bez sensu miotał się raz po raz szarpiąc za klamki zamkniętych toalet, a Jasiek zaczął się przypieprzać. No i właśnie wtedy ja się wydarłam…
Skracając historię: wydarłam się tak, że niczym spod ziemi pojawił się parkingowy (którego wcześniej nigdzie nie było), błyskawicznie spieszący z pomocą, czyli kluczem do wiadomych drzwi. Jednak w międzyczasiezniknął Piter, szukający z Kubą toalety na innym piętrze. Więc kiedy ja wyjaśniałam sytuację panu parkingowemu, dźgany wyrzutami sumienia Janek wydzwaniał ojca. Skutecznie.
Zdążyli w ostatniej chyba chwili. Sytuacja raz jeszcze została uratowana. Pan parkingowy zyskał naszą dozgonną wdzięczność. Ale energia z nas wszystkich zeszła, jak powietrze z roztrzaskanego balonika.
Tymczasem nie był to koniec atrakcji, bo musieliśmy w drodze do domu zahaczyć o Leclerka i Empik.
W Empiku były do odebrania zamówione książki. W Leclerku – produkty do zrobienia kolacji (o której nikt z nas w tych okolicznościach raczej nie myślał) oraz Kuby gazeta. I chyba ta gazeta przeważyła.
Kiedy wjeżdżaliśmy na parking pod sklepem, przypomniałam sobie, że cały trzytygodniowy cyrk z moją alergiastmą zaczął się właśnie tam. Od kurtyny zapachowej przy wejściu i trzech wykąpanych w perfumach klientek na hali. Ale było już za późno, więc owijając sobie twarz szalikiem przeleciałam te zakupowe labirynty. Przeżyłam. Oni też.
I na koniec tych mikołajek widzę, że Jasiek wrzucił post na FB. Zaznaczając, że wszyscy byliśmy u Wedla. I dając takie foty:

I ja mu cholernie zazdroszczę takiego podejścia do życia 😀
Tak właśnie wygląda codzienność.