Niedziela na mieście

Pojechaliśmy po pączki na Chmielną.

Chociaż nie, pączki były pretekstem przecież… Tak naprawdę pojechaliśmy po krowę… Bo w salonie Bukowski pojawiła się łaciata wersja Madisona. I oboje z BlueBoyem uznaliśmy, że nasza dwukrowia kolekcja potrzebuje trzeciej krowy. Natychmiast. A że na pączki w tym domu wszyscy są łasi, jak pies, to opcja wizyty w okienku Pączkarni była na tyle kuszącą zachętą, że jakoś nam te krowy przy okazji mogłyby ujść płazem. Płazy też były.

Nie bez powodu użyłam liczby mnogiej, bo kiedy płaciłam za Madisona przechrzczonego zawczasu na Milky (dwie poprzednie krowy nazywają się Karmela i Creamy), zauważyłam przy kasie krowi breloczek. Ostatni. Musiałam go kupić.

To znaczy: kupił mi go Janek, chociaż powinien Piter, za straty moralne. O stratach moralnych będzie oddzielnie. My tu się skupmy na krowach.

I tak w całkiem dobrych humorach poszliśmy po pączki, mijając po drodze mnóstwo ludzi. Najwyraźniej wiosna wyciągnęła ich z domów, a po wszechobecnych plecakach i walizkach można było wnioskować, że ruszył również ruch turystyczny. I mam tu zaskakującą mnie samą refleksję.

Z Warszawą związana jestem od lat. Jakby tak pamięcią sięgać, to moja prababcia kończyła tu pensję Tołwińskiej (naprawdę nie wiem, dlaczego Madre nie chce spisać rodzinnych wspomnień… no ale cóż mogę zrobić?), tu mieszkali jej bracia, wreszcie do Warszawy jeździła zawsze na zakupy. Ja w tym mieście bywam od ponad 40 lat, a od 30 moje całe życie jest z nim związane na stałe. Nigdy nie miałam takiej jazdy na bycie „Warszawianką” jak mój ojciec, ale teraz, po tych wszystkich latach, nie potrafiłabym funkcjonować w innym mieście. A jednak gdy dziś znalazłam się w tłumie na Nowym Świecie, poczułam się jak turystka! I mam tak zawsze, kiedy trafię w jakieś turystyczne miejsca w Warszawie! Może poza Pałacem w Wilanowie, ale to jednak inna sytuacja.

I tak sobie czasem chodzę z chłopakami po tym mieście, jak turystka, podziwiam albo dziwię się czemuś, robię zdjęcia, bardzo turystyczne i zaglądam sklepom z pamiątkami w witryny. Aż do chwili, kiedy złapie nas głód i wpadniemy w szpony zapachów pierogarni lub innej polskiej Kuchni Domowej. Wtedy zwijamy manatki i wracamy do domu. Na rosół i schabowe.

Na zdjęciach widać, że zahaczyliśmy o Plac Powstańców Warszawy. To dość istotne miejsce dla Kuby, ze względu na przeprowadzki telewizji informacyjnej (nie pytajcie… nie mam teraz tyle czasu, żeby to wyjaśnić…).

Możecie obejrzeć na nich również krowę, Pitera z pączkami oraz BlueBoya z głupawką.

Życzę wam miłej niedzieli.