Ze smutkiem ostatnio odkryłam, że wyczerpał mi się życiowy spontan. I nie wiem, ile w tym zmęczenia, wieku i wyczerpania, a ile wielu lat życia z autystami, dla których PLAN to podstawa funkcjonowania. Może niepotrzebnie się martwię swoją kondycją, bo po latach po prostu udzielił mi się ich tryb funkcjonowania? Oczywiście zachowuję niezbędny do funkcjonowania zapas elastyczności, bez którego nie da się natychmiast zaadaptować do nieprzewidzianych zmian i okoliczności, ale generalnie bez planera ani rusz.
Mam od jakiegoś czasu dwa tryby funkcjonowania: budzę się i jestem w rozsypce, bo nie wiem, od czego zacząć, albo: mam ułożony plan, w punktach, na ten dzień. Oba często kończą się tak samo: nie robię niczego. W pierwszym przypadku: bo wpadam w panikę i pogrążam się w czarnym chaosie. W drugim: zadania na dany dzień mnie przerastają, choćby to było po prostu: „Wstać z łóżka i umyć zęby.”.
Mimo wszystko prowadzenie planera wydaje mi się sensowne. Bo jeśli jakimś cudem trafią mi się resztki energii życiowej, to przynajmniej wiem, co jest do zrobienia i nie miotam się bez sensu. Problem w tym, że żaden z istniejących kalendarzy nie jest dla mnie odpowiedni. Wróć! Planerów! Bo nie mam na myśli zwykłego kalendarza książkowego, tylko narzędzie do niepostradania zmysłów w tym autystycznym burdelu. Kalendarz to by mi się przydał, gdybym zapisywała dla siebie: „fryzjer”, „pojechać do ikei po serwetki”, albo „umówić się na holter”. No tak łatwo nie ma. Bo oprócz wspomnianych, są jeszcze zajęcia chłopaków, terminy ich komisji, badań, koni, dyżurów w pałacowej szatni i weryfikacji eSkarbonki WOŚP. Oprócz tego listy zakupów, notatki odnośnie garderoby wymagającej wymiany i Bóg wie co tam jeszcze. Dla czteroosobowej rodziny. Czyli tak, jak normalni ludzie mają mniej więcej do momentu, kiedy ich dzieci pokończą szkoły i dalej ogarniają swoje sprawy na własną rękę, przynajmniej z grubsza.
Piter zapisze kominiarza, czy terminy wystawiania frakcji śmieci, ale już nie zauważy, że Kuba nie ma piżamy, a Jaśkowi się odkleja podeszwa buta. Gwoli ścisłości Jasiek też tego nie zauważy dopóki mu się woda do środka nie zacznie lać, a brak Kuby piżam odkryjemy w najmniej stosownym momencie, czyli kiedy wyjdzie z łazienki z histerią, że tej piżamy nie ma, więc jak by na to nie patrzeć, logistyka domowego życia spada na mnie. A jak mnie rozkłada, to nie ma kto im powiedzieć, co powinni łapać, bo za chwilę będzie z jakiegoś powodu problem.
Zasadniczo chciałam napisać o tym planerku, a znowu mi wyszła jakaś epopeja… To może wrócę do głównego wątku?
Otóż po przekopaniu się przez wszystko, co oferują sklepy internetowe, doszłam do wniosku, że nie ma odpowiedniego dla mnie planera. Bo ja muszę mieć rozpiskę roczną, miesięczną i tygodniową, ale w skrócie. Nie potrzebuję dnia rozpisanego na godziny, bo jak mam więcej niż jedną rzecz dziennie (poza domem), to wracam wykończona. Na samą myśl, że miałabym coś układać codziennie na osiem godzin, robi mi się słabo. Nie dla mnie też te wszystkie mindfullnesy i planery zadaniowe, programy pracy nad sobą w różnych aspektach i cytaty motywacyjne. Ja sobie sama to robię, według własnych potrzeb, a wszelkie gotowce mnie załamują. „Jaki jest twój główny cel w tym roku?”. Serio? Nie zwariować? „Jakie obszary udało ci się udoskonalić, a nad jakimi musisz jeszcze popracować?”. Pomyślmy… Nikogo jeszcze nie zabiłam, ale jakby co, to nie ma mrozu i można kopać w ogródku? Oszczędźmy sobie resztę. Na przykład takie nawykomierze. Jezu, jak mnie one wkurzają! Pewnie dlatego, że nigdy, ale to nigdy mi nie wychodzi „czynność utrwalana przez 30 dni staje się nawykiem”.
No i jeszcze nie lubię głupich rysuneczków, muszę mieć dużo miejsca na dziennik, sentencje chętnie, ale własne, chciałabym też móc wklejać zdjęcia, robić listy potrzebnych rzeczy i miejsc do odwiedzenia, a przede wszystkim mieć pod kontrolą te wszystkie sprawy, o których zapominam. No i PLUSy. Nie zapominajmy o PLUSach, które pozwalają spojrzeć na własne życie nieco przychylniejszym okiem.
A, i jeszcze żeby mi papier nie przebijał. To chyba wszystko. W jednym zeszycie. Nie, że oddzielnie planer, a oddzielnie dziennik.
I co w tej sytuacji???