Szaliki i skarpetki, czyli poświąteczne refleksje

Jak wam minęły Święta? Odpoczęliście po obowiązkowej socjalizacji i niekontrolowanym obżarstwie? A jak tam z prezentami było?

Jeśli wierzyć internetowym mediom, najbardziej obciachowymi prezentami, takimi co naprawdę wstyd dać, bo się obdarowany ma prawo obrazić, są: skarpetki, szaliki, rękawiczki i piżamy. Pewnie karnet na siłownię albo krem przeciwzmarszczkowy również.

No i powiem wam, że ja się z tym kompletnie nie zgadzam.

Bo przez lata dzieci dostawały bożonarodzeniowe skarpetki i były zachwycone. Wszystkie dzieci, które znalazły się akurat pod choinką (bynajmniej nie w charakterze prezentów, tylko roszczeniowych japodarców). Łącznie z dziećmi mojego rodzeństwa. Nikt nie protestował.

Potem szaliki… No nie wiem… Jak jednego roku Kuba dostał czapkę i szalik, to w następne święta Piter zażyczył sobie takiego samego zestawu. Obaj noszą i raczej są zadowoleni. Bo inaczej by nie nosili.

Ja osobiście chciałabym dostać porządne rękawiczki. Ale dostałam piżamę. Taką z Tchibo, fioletową. Jestem zachwycona. Podobnie jak Kuba swoich szlafrokiem.

Co tam jeszcze u nas na liście bywało…

Książki, płyty i zabawki. Klasyka. Teraz bardziej na zamówienie, kiedyś trzeba było trafić. Ja nie mówię, że wzgardziłabym futrem z norek czy diamentową kolią, ale jak się nie ma Downton Abbey, to człowiekowi wystarczy wełniany sweter i pudełko czekoladek.

A jak tam u was? Macie jakąś prezentową czarną listę, czy media jak zwykle robią burzę w szklance wody za wierszówkę?