Wielkanocnie w ŚDS

Jakuba ŚDS organizuje regularne spotkania świąteczne. Przed Bożym Narodzeniem był na takim Piter, teraz ja pojechałam. I o ile wtedy narzekałam na brak fotorelacji, tak teraz siedzę cicho, bo sama też takiej nie zrobiłam. I już opowiadam dlaczego.

Te ośrodkowe imprezy są okazją do spotkania całej społeczności: podopiecznych, opiekunów, terapeutów, rodziców. Każdy coś przygotowuje i zazwyczaj bufet pęka w szwach. To znaczy powinnam chyba napisać, że stoły uginają się pod potrawami… Podobno wczoraj Kuba obierał jajka na twardo, z dużym zaangażowaniem. A dziś rano mieliśmy w planach pieczenie babki z żurawiną, żeby była świeża.

No i przy tej babce doszło do pewnego rozdźwięku między mną a BlueBoyem, zakończonego gigantyczną awanturą, po której mnie się odechciało jakiegokolwiek wychodzenia z domu, a Jakubowi, który nienawidzi podnoszenia głosu, rozjechał się układ pokarmowy. W rezultacie jechaliśmy na imprezę w mocnym stresie: czy w ogóle na nią dojedziemy i co się będzie działo na miejscu – bo przecież tam czekała wielkanocna reprezentacja kulinarna.

Początek był trudny. Kuba rozdarty między swoimi zdrowotnymi ograniczeniami, a chęcią rzucenia się na żurek i jajka faszerowane. Ja w pełnej gotowości do reakcji, gdyby jednak nerwy mu puściły. Mniej więcej w połowie imprezy stres poluzował i w okolicy mazurków i herbaty było względnie. A gdy przeszliśmy do drugiej sali, w której było ciszej, luźniej i chłodniej – Kuba uznał, że ośrodkową Wielkanoc może odhaczyć jako udaną, a ja odetchnęłam z ulgą.

Zatem na zdjęciach zobaczycie Jakuba podczas konsumpcji i w towarzystwie ulubionej terapeutki, bo to były jedyne sytuacje, w których dało się złapać go w miarę dobrej kondycji. A jak wiecie z zasady nie publikuję zdjęć Kuby w stanie wzburzenia. Myślę, że nie chciałby, żeby ktoś go takim oglądał.