Gęś Niepodległości

Im mocniej nam się Chaos rozpycha w Rutynie, tym bardziej cenimy stałe punkty w kalendarzu. Na przykład Gęś Niepodległości, którą wymyśliliśmy wiele lat temu jako odpowiedź na amerykańskie Święto Dziękczynienia i która nazwę zawdzięcza Filozofowi – bo ta Gęś jest o wiele bardziej swojska i niezobowiązująca od Dnia Niepodległości. Zresztą przy DN zaczynają się zaraz dyskusje o patriotyzmie, ojczyźnie i innych takich zapalnych tematach, więc przyznacie, że rodzinny obiad przy gęsinie jest o wiele bezpieczniejszy. Teoretycznie.

W tym roku wyjątkowo świętowaliśmy wcześniej, nie 11 listopada, a wszystko przez długi weekend i perspektywę horroru na drogach podczas powrotu. Nie chcieliśmy narażać naszych gości na zbędny dyskomfort.

Menu zachowaliśmy tradycyjne: bulion z kołdunami, gęś, surówka z czerwonej kapusty, dynia i pieczone ziemniaki. Ostatecznie na Wigilię też się podaje to samo co roku, prawda? Ale zanim usiedliśmy do Gęsi, mieliśmy dzień wcześniej kolację z Madre. Ponieważ ja się od kilku dni dusiłam alergicznie, menu oparte zostało na zasadzie: Co możemy zrobić w kwadrans i żebym nie musiała stać nad patelnią?. Więc były lasagne.

W zasadzie to woleliśmy parmigianę, ale Kuba nie tknie parmigiany. Natomiast jeśli między bakłażana a mozzarellę wsadzi się płaty lasagne i zrobi z tego całkiem inne danie, to owszem. Więc mieliśmy te bakłażanowe lasagnoparmi i bagietkę. Trochę skromnie. Zatem poszłam przejrzeć butelarkę. Niech będzie, że piwniczkę na wino. Tylko że ta piwniczka mieści się w kredensie vis a vis schodów, więc mi tak nie do końca nomenklaturowo styka. I znalazłam tam jakieś zapomniane wino…

Bo przez te moje choroby i niemożność picia wina, znacznie spadło nam spożycie, jako że Piter jednak picia w samotności nie praktykuje. Zbyt często. Bo go mój wzrok zabija, a przy stole siedzę naprzeciwko. Zatem butelar… tę, no… piwniczkę mamy pustą. Niemal. No niemal, bo jednak znalazłam tam jakąś zapomnianą butelkę. I okazało się, że to zapomniane wino plus parmigiana udająca lasagne złożyły się na rewelacyjną kolację!

Następnego dnia mieliśmy rodzinny obiad z gęsią w tytule. I ja wiem, że to ładnie wygląda (przynajmniej do pewnego momentu…) jak się tę gęś podaje na stół, a potem porcjuje na oczach gości. Wiem również, nie nie ma nic niewdzięczniejszego od porcjowania gęsi na oczach gości i że nigdy, przenigdy nie zrobię tego więcej! Bo można było spokojnie upiec gęś dzień wcześniej i przechować ją poporcjowaną w tłuszczu, żeby nie wyschła. A nie patrzeć nerwowo na zegarek (i gości), kiedy po bulionie z kołdunami okazało się, że Piter nie zwrócił uwagi na fakt, że gęś z jednej strony jest ładnie zrumieniona, a z drugiej surowa… Chyba zbyt wziął sobie do serca te szklanki do połowy pełne i always look on the bright side of life. Czy tam goose w tym konkretnym przypadku.

Dlaczego na litość boską tak nie zrobiłam?!

A, racja. Byłam chora…


Czy u nas wszystko kręci się wokół stołu??? Hm… niech pomyślę…