Nie obchodzę Halloween. Nie ze względu na jego pogański charakter – raczej pomimo niego. Zresztą gdybym miała coś świętować o tej porze roku, to byłoby to raczej Samhain. Bliżej mi do uzupełniania spiżarni i przygotowań przed zimą, niż umizgiwania się do duchów przodków. Zresztą mam chyba z tymi duchami całkiem spoko układ, więc po co im zakłócać wieczny spokój.
Zresztą w pewnym sensie właśnie to robię. Kończę robić ostatnie dżemy i marynaty, pilnuję zamówienia drewna na zimę i uporządkowania ogródka, przeglądam garderobę. Przygotowujemy się do ciemnej pory roku. Zapalamy świeczki do kolacji, a na stole coraz częściej pojawiają się kremowe zupy i gulasze.
Ja w ogóle lubię sezonowość i jej graniczne punkty, te wszystkie równonoce i przesilenia, więc Halloween pięknie by mi się wpisywało w kalendarz, gdyby nie… globalna komercjalizacja wynaturzonej jego postaci. I nie chcę nikogo urazić, ale latanie po mieście w przebraniu zombie i darcie się o cukierka albo psikusa… no nie… ja bardzo przepraszam, ale nie…
Aktualnie obowiązujący Halloween przypomina mi coś, będącego mieszanką Disneylandu, Dia de Muertos i Rodziny Adamsów, w rytm Thrrilera Michaela Jacksona. A to zdecydowanie wykracza poza moje preferencje estetyczne i społeczne.
No i dynie… Co te biedne warzywa zawiniły ludziom, ja pytam?!
A poważnie, to nie cierpię głupiego marnowania jedzenia. I o tej porze roku, owszem, maniakalnie kupujemy dynie, ale w celach spożywczych! Przerabiamy je na korzenne zupy, sycące risotta i absolutnie fantastyczne makarony. I desery. Zdecydowanie nie zapominajmy o deserach! Więc jak widzę te wszystkie powycinane dyńki, lądujące po tygodniu w śmietniku (ops! chyba powinnam napisać: „dołączające do halloweenowych duchów” albo: „wkraczające do Krainy Śmierci”… no nic, następnym razem się poprawię), to mi się po prostu chce płakać. Bo ja jestem wiedźmą i cierpię widząc takie rzeczy.
O wiedźmie będzie innym razem. Przecież nie mogę się wyprztykać na dzień dobry z pomysłów!
Wzdrygam się również na widok tandetnych „strojów halloweenowych” i takich samych ozdóbek oraz dekoracji. No sorry, ale nie. I szkoda mi pieniędzy na cokolwiek z tej kategorii. Nawet gdy cierpiałam na notoryczną zapaść finansową, nie kupowałam tego, to co dopiero teraz?! Ale mamy tego Kubę z imprezą w Ośrodku, więc żeby nie wyjść na joykillerów (chociaż… to by było bardzo tematyczne…) to chodzimy i się łamiemy… Metaforycznie.
No dobrze, Jo, ale powiesz nam wreszcie, co z tym Jakubem?
Powiem, powiem…
Byliśmy dzielni. Nie kupiliśmy marketingowego śmiecia. Znaleźliśmy Czapkę Dyniową – ja już nie pamiętam, do czego ona była kiedyś dodana… Ale Kubie na głowę weszła, więc zaproponowaliśmy mu, żeby został Straszną Dynią. I jako wzmacniacz dorzuciliśmy torbę wybuchowych cukierków.
Był zachwycony. Ale to już chyba zauważyliście na zdjęciu 😀
