Ten dzień mieliśmy dokładnie zaplanowany.
Teoretycznie.
O trzynastej w Jakuba Ośrodku miało odbyć się spotkanie wigilijne. Zaczynam od tego, bo to był główny punkt, wokół którego budowane były pozostałe plany.
Ponieważ Kuba, z nikomu nieznanych powodów, nienawidzi BlueCity, a tylko tam można kupić aniołka dla Madre, pomyśleliśmy że OK, to zrobimy tak: Piter weźmie wolny dzień, pojedziemy do BC, a potem na tę wigilię, bo to już niedaleko. A na piątą umówię się na kontrolę do alergologa.
Aniołek też jest ważny, bo od wielu lat Madre dostaje kolejnego na imieniny.
CO się mogło nie udać???
Opowiadać dalej?
Zmienili godzinę imprezy. Z pierwszej na trzecią.
Następnie nie wiadomo było, czy od rana będą zajęcia, więc ten zaczął nam histeryzować, bo on musi mieć jasne, konkretne i klarowne plany.
Zdecydowaliśmy, że w tej sytuacji zostanie w domu.
Ale jeśli Kuba zostaje w domu, to cała koncepcja wzięcia urlopu przez Pitera, żeby pojechać do BC, kiedy Kuba jest w Ośrodku, bierze w łeb.
A już nie zdążymy innego dnia pojechać tam po aniołka, bez Kuby.
Z Kubą wolelibyśmy nie. On też.
Po namysłach plan wyglądał tak: Kuba zostaje w domu. Ja rezygnuję z wigilii, Piter jedzie tam z Jakubem, a po drodze podrzuca mnie i BlueBoya do BC. Po aniołka i praliny Witor’s.
Praliny są ważne, bo od lat są u nas na święta: przywozi je Key, zdarzało się, że przysyłała. A jak nie, to kupujemy sami. Tradyszyn.
Chwila, moment: jeśli wigilia jest na trzecią, to ja nie zdążę do lekarza na piątą, prawda?
Przekładam lekarza na szóstą.
W tym momencie coś mi każe sprawdzić, na kiedy jesteśmy umówieni do fryzjerki. I żadne mi tu śmiechy, bo fryzjer przed świętami jest nienegocjowalny, a terminy umawia się z dużym wyprzedzeniem.
W czwartek na szóstą.
Nie pójdę, bo przecież ten lekarz! Ja mam zaostrzoną fazę astmy i skończyły mi się leki!
Roszady. Znów przekładam lekarza, na jedyny wolny termin, czyli wpół do siódmej. Anastazja wciska mnie na dziesiątą rano. Następnego dnia okazuje się, że musi mnie przełożyć na piątek.
Zaliczamy:
– Piter zawozi nas do BC i
– jedzie z Kubą do Ośrodka na wigilię
– wraca po nas do BC
– jedziemy do domu
– podrzucamy chłopaków do fryzjera
– Piotr zawozi mnie do lekarza
– dołącza do synów
– odbierają mnie od leka…
– nie, wróć: muszę wrócić sama
Pięknie, prawda?
Idziemy po aniołka. Janek i ja.
Nie ma sklepu Rosenthala.
Idziemy po praliny Witor’s.
Są wszystkie oprócz tych.
Janek je lunch. Ja nie mogę fast foodów, więc idę zobaczyć, czy znajdę coś na jarmarku świątecznym. Kromka chleba ze smalcem za dwanaście złotych uruchamia mi tak idiotyczny nastrój, że nawet nie spróbuję tego opisać. No chyba jasne, że nie upadłam na głowę, żeby ją kupić! Kręcimy się chwilę po empiku (bez pieniędzy, więc nawet nie pytajcie) i idziemy na herbatę.
Kuba zadowolony ze swojej imprezy i nawet zgadza się wejść po nas do galerii, ale dopada go zgaga, więc dalej jest słabo.
Korek. Na obwodnicy. Nie zdążymy do domu. Kuba ze zgagą i nienawiścią do korków. Nie polecam. Jedziemy prosto do fryzjerki. Potem Piter podwozi mnie do alergologa i wraca do chłopaków. Cały czas modlimy się, żeby Jakub nie urządził tam jakiejś histerii i żeby Jasiek zdołał pohamować swoje odzywki do brata.
Wracam pieszo. Pogoda boska. Siąpi pseudomżawka. Podoba mi się. I zdecydowanie mam manię prześladowczą. Z Royal Wilanów na nasze Błonia idzie się takim martwym kawałkiem miasta. Kiedyś tu będzie ciąg budynków, ze sklepami na dole i mieszkaniami na górze. Z oświetleniem i chodnikami. Póki co jest ciemna ścieżka pieszo-rowerowa i chaszcze. Jakieś dwa kilometry. Idealne do ukrycia zwłok. Ale – myślę sobie – jak wejdę w „uliczkę” prowadzącą do naszego osiedla, będzie jeszcze gorzej! Nic to, że przez jedenaście lat nic tam się nikomu nie stało, a Piter lub Janek wychodzą tam z psem niemal o północy. Jak ja tam wejdę, to mnie z pewnością ktoś zaciuka! No i tak sobie idę i rozmyślam, aż mnie mija jakiś facet, przyprawiając o metaforyczny zawał.
Się nie śmiać. Ja od dwudziestu lat nigdzie sama nie wychodzę! A już po nocy, to w ogóle!
No więc biorę telefon, cholera wie po co, a tam z pięć nieodebranych połączeń. Oddzwaniam. Jestem przed wiaduktem. Chłopaki właśnie zjechali z obwodnicy za nim.
Machamy do siebie rękami. Czekają na mnie na przystanku. Tym razem do domu wrócę żywa.
Co nie znaczy, że przy zdrowych zmysłach.