Sezon lamentu nad Ziemią Przodków ogłaszam za otwarty!

Przyszła wiosna, więc trzeba było ruszyć na Ziemię Przodków. Ja to nazwałam wizją lokalną, Piter pewnie optowałby za dodaniem czegoś o miejscu (potencjalnego) morderstwa, a Panicze od pewnego czasu strasznie marudzili o flaki w Piaskach, więc tematycznie wszystko się spina.

Z tymi flakami, to głównie Jakub oczywiście.

Kurnik zastaliśmy w stanie nienaruszonym, w sensie, że mury stoją, za to ledwo widocznym wśród chwastów wysokości człowieka. Znaczy Pitera. Dla zdezorientowanych: kurnikiem Marianna nazwała nasz wiejski domek – bo taki mały. No i niby wiedziałam, co zastanę na miejscu, więc zbytnio mną ten widok nie szarpnął, ale przedzieranie się przez chwasty już tak. Jednak zdusiłam płacz i zgrzytanie zębów, bo mój cel był w środku. Dla niego tu przyjechałam i pchałam się przez chwasty, chociaż Piter próbował mnie przekonać, że najpierw powinien pojechać tam sam i wykosić zielsko, przynajmniej na dojściu do furtki i potem do drzwi wejściowych.

Nie posłuchałam.

Ktoś zaskoczony?

W środku obejrzeliśmy sobie instalację wodną (bo nie wiem, czy już ją można nazwać „i kanalizacyjną”), którą w ubiegłym roku robił hydraulik. I okazało się, że Piterowi jakoś umknął fakt, że zmienialiśmy projekt i w miejscu oryginalnej kuchni upchnęliśmy mikrosypialnię, przenosząc kuchnię do… eee… głównego pokoju (???). Fakt ten umknął również szefowi budowlanki, więc doprowadzenie wody wylądowało w tejże sypialni, zamiast z drugiej strony domu… Czy można to poprawić? Być może. Czy trzeba będzie dodatkowo za to zapłacić? Pytanie retoryczne.

Ale tym razem nie rzuciłam papierami rozwodowymi. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie jesteśmy w USA (na filmach widziałam, że tam wystarczy podpisać jakieś dokumenty na masce samochodu podczas ścigania tornada i sprawa załatwiona – u nas chyba jednak nadal trzeba się włóczyć po sądach). A po drugie: okazało się, że robiony przeze mnie z pamięci i bez żadnych zapisanych wymiarów, w programie ikei, projekt angolo cottura, jest idealnie wpasowany. Byłam z siebie tak dumna, że machnęłam ręką na resztę.

To znaczy: bez przesady. Nie, że w ogóle machnęłam: mąż ma przykazane zadzwonić do hydraulika, jak również upewnić się, że projekt elektryki, z którą za chwilę mamy ruszyć, uwzględnia zmianę w projekcie. Że o zaplanowaniu kursów porządkowych w celu zlikwidowania tej chwastowej dżungli nie wspomnę. Machnęłam, że przyjęłam do wiadomości jego deklaracje i obietnice i pojechałam na obiad do Rarytasa w Piaskach.

To znaczy: wszyscy pojechaliśmy.

Kuba od rana chodził w skowronkach. Całą drogę gadał, jak nakręcony. Nawet układał menu na niedzielę i konkretyzował plany basenowe: który basen? o której godzinie? co przed nim? co potem? I pomijając towarzystwo Talesa i Pikachu, werbalne… , to spędziliśmy bardzo miły dzień, w uroczych okolicznościach przyrody i budzącej się wiosny, marząc o wakacjach pod gruszą i robiąc plany, jak się do nich zbliżyć.

Możliwe, że jestem zawzięta.

Albo po prostu nienawidzę rozgrzebanych i niedokończonych rzeczy.