Trzy Wigilie

Bardzo dla nas nietypowo spędzaliśmy ostatnio czas. Na wigiliach poza domem. I to mimo, że ja przecież „nie pracuję”, a Piter na swojej firmowej być nie mógł, bo siedział na spotkaniach z klientami.

To może opowiem?

Środowiskowy Dom Samopomocy

Na Wigilię w Jakuba Ośrodku został oddelegowany Piter, bo jak pamiętacie: ja pojechałam po aniołka, którego nie było. Były natomiast przemowy władz, bo ten Ośrodek (a właściwie całe Centrum Aktywności Międzypokoleniowej) jest ich oczkiem w głowie i wcale się temu nie dziwię. Był również program artystyczny w wykonaniu Kuby kolegów i koleżanek. No i był bankiecik z mnóstwem jedzenia, rozmów i interakcji.

Jakubowi się podobało, bardzo, bo on jest na swój sposób towarzyski. Co to konkretnie znaczy? Że lubi przebywać w takich sytuacjach, byle nikt nie wymagał od niego niczego więcej, poza przebywaniem. Na przykład wchodzenia w interakcje społeczne. Ponieważ w interakcje wchodził ojciec, to było OK, ale i tak panowie zmyli się po angielsku, kiedy nam się Jakub nieco zaczynał przebodźcowywać.

Na zdjęciach widać zadowolonego Kubę i torbę. O torbie jeszcze będzie, natomiast ja już sobie z Piterem porozmawiałam na temat jego podejścia do fotografii reportażowej… Naprawdę nie wiem, co on w tej szkole fotograficznej robił przez trzy semestry…

Pałac Wilanowski

Druga wigilia była Janka i moja.

Co roku dyrekcja Pałacu organizuje spotkanie wigilijne dla pracowników (w tym również wolontariuszy). Było nam miło przyjąć zaproszenie na tegoroczne, dla Działu Edukacji, odbywające się w Villi Intrata.

Impreza niezwykle udana. Mnóstwo ludzi. Fantastyczne jedzenie, przygotowane przez Intratowego szefa kuchni. A jako bonus: warsztaty, na których można było uwarzyć szampon w kulce (serio, nic nie piłam!) albo posklejać świat z opłatka.

W tym roku było mnóstwo pracy. Nowe projekty, większe zaangażowanie wolontariuszy w to, co się dzieje w Pałacu. Trochę nas to przerosło, bo nie spodziewaliśmy się aż takiej intensywności. Szykujemy się na przyszły rok, a ja mam nadzieję, że częściej dam radę brać udział. Bo Janek, to wiadomo: stoi w bloczkach startowych.

Przypomniało mi się trochę moje dawne życie, ale BlueBoy przeszedł samego siebie! Jakbym go nie znała, to pomyślałabym, że całe życie spędza na bankietach. W kogo on się wrodził?

Mówią mi tu, żeby rozwinąć. Proszę bardzo.

BB po kwadransie porzucił matkę nad pierogiem i sernikiem królewskim i poszedł w ludzi. Znaczy gadać z muzealnymi koleżankami. I ja stałam jak ten kołek przy stoliku, gapiąc się na kominek i śmiejąc się niesamowicie, że jednak cały mój trud wychowawczy i terapeutyczny nie poszedł na marne, ale mógłby się nieco inaczej realizować. O genach nie wspomnę.

Przydałby się jakiś opis do tych zdjęć… No dobra, lecimy:

Na zdjęciach widać piękne wnętrza Villi Intrata, nasz zespół wolontaryjny (nie w komplecie niestety, ale część się rozchorowała, a część nie mogła przybyć ze względu na inne obowiązki – wolontariusze, to bardzo zajęci ludzie, wierzcie mi), następnie porzuconą matkę i brylującego na salonach BlueBoya, warzenie szamponowych kulek (tak! to nie jest pralina! to jest szampon! i syn musi w przyszłym roku nauczyć się go robić!), BlueBoya protestującego na widok ananasa (nie pytajcie…) oraz matkę wynoszącą powianki.

Klub Łuczniczy Robin Hood

Janek (aka Blue Arrow):

Mimo tego całego zamieszania udało mi się wyskoczyć na wigilię do mojego klubu łuczniczego. Nawet tata podwiózł mnie na Mokotów. Impreza udana. Spotkałem znajomych łuczników. Trochę postrzelaliśmy do świątecznych ozdób. I nie: nie było reniferów!

Każdy przyniósł coś do jedzenia i picia. Policzyłem się (mam na myśli punkty) do kolejnej Wielkiej Nagrody Robin Hooda. Może kiedyś mi się uda zakwalifikować (trzymajcie kciuki). Ale nawet jeśli nie, to łucznictwo jest świetnym hobby i bardzo lubię ludzi, których tam spotykam.

Uwielbiam te spotkania w klubie.


bonus czyli PACZKI

Przechodzimy teraz do dość kłopotliwego dla mnie wątku. Najwyraźniej nie wdałam się w Leona, który wynosił z jednego bankietu homara w torebce żony (że nie wspomnę tych wszystkich łyżeczek po drodze).

Otóż na wigilii w ŚDŚ Pan Burmistrz wręczał paczki świąteczne. Jak zobaczyłam w domu naszą, to mnie lekko nad nią zatrzymało i nie mogłam oprzeć się skojarzeniu z przedświątecznymi zbiórkami żywności w supermarketach. I my to już przerabialiśmy, wielokrotnie. W szkołach. Bo nie wiem dlaczego w Polsce łączy się niepełnosprawność z ubóstwem, ale już nie z koniecznością stworzenia systemu realnego wsparcia, co skutkuje właśnie świątecznymi paczkami z olejem, słodyczami i rybą w puszce.

I teraz nie zrozumcie mnie źle. Nie gardzę. Nie wykpiwam. Po prostu jestem skrępowana. Bo mimo całej naszej sytuacji nie jesteśmy w aż takiej potrzebie, żeby ratować świąteczny budżet barszczykiem z darów. Stać nas jeszcze na zrobienie świąt we własnym zakresie. Ale są rodziny, które takiego szczęścia nie mają. I ja się czuję, jakbym ich okradała z tych dóbr.

W szkołach po prostu oddawaliśmy naszą paczkę z prośbą o rozdzielenie jej wśród potrzebujących (bo w szkole wiedzieli, komu kabanosy i szynka po prostu „spadną z nieba”). Tu nie bardzo wypadało. Nie mamy też czasu jeździć po jadłodzielniach, więc spożytkujemy te dary, z wdzięcznością, ale i trochę wyrzutami sumienia. A przy następnej zbiórce w sklepie, wrzucimy do caritasowego wózka dwa razy tyle, co dotychczas.

Natomiast bez bicia przyznaję się do wyniesienia z Pałacu pierogów z kapustą oraz sernika królewskiego, po 8 sztuk. Ponieważ pod koniec imprezy kuchnia wystawiła na stoły opakowania i zasugerowała obecnym pomoc w sprzątaniu. Żeby się nic nie zmarnowało.

Z tego, co widziałam, pracownicy Pałacu są bardzo odpowiedzialni.