Przez jakiś czas próbowałam odzyskać trochę własnego, nienaznaczonego autyzmem życia. Rzadziej pojawiałam się na Rutynie zostawiając ją Jaśkowi, a sama pisałam nieautystyczne posty na Tym Drugim Blogu. Że niby Świat według Jo. Akurat.
Prawda jest taka, że nienaznaczonego autyzmem chłopaków kawałka własnego życia, to ja praktycznie nie mam. Może lalki… Ale to, czy i jak dużo mogę sobie z tymi lalkami podziałać, już jest uzależnione od tego, jak funkcjonuję. A moje funkcjonowanie nieodłącznie zależy od tego, ile mnie nerwów kosztuje w danym momencie ogarnianie chłopaków. Więc sami widzicie… Wszystko inne: jedzenie, wyjścia z domu, nawet sposób spędzania czasu, powiązane jest ściśle z chłopakami, ich dobrą lub złą formą, tego w jakim stopniu trzeba się włączyć w ich życie i tak dalej, i tak dalej… Bywa, że nie mam siły przeczytać jednej z czekających na swoją kolej książek. Albo że wysiadają mi… no w tej chwili to właściwie wszystko mi wysiada i bez sensu by tu wymieniać. Więc pisanie nieautystycznego bloga byłoby zakłamywaniem rzeczywistości, a ja przecież w ramach kronikarskiego obowiązku piszę prawdę i samą prawdę, nawet jeśli z różnych powodów nie całą.
No i jest jeszcze jedno… Od paru „życzliwych” osób ciągle słyszałam, że nudna jestem pisząc ciągle o życiu z autystycznymi dziećmi i że ludzie mają własne problemy. Tak, przyznaję naiwnie, myślałam że pisząc o nieautystycznych sprawach uda mi się zainteresować tym pisaniem osoby, które miały po kokardę Rutyny Chaosu. Ale tu zderzyłam się z brutalną prawdą, że autyzm nie miał nic do mikrozasięgów. Winna jestem ja i nie ma znaczenia, co będę pisać, bo i tak się nie przebiję. A skoro tak, to nie ma sensu rozdrabniać się na więcej niż jedno miejsce i trenować ruchów konika szachowego. Poza tym nieautystycznych, czyli np. podróżniczych czy książkowych postów, nie czyta (nigdzie) nawet moja własna siostra, więc albo przyjmę, że robię to aby nie stracić zdolności posługiwania się ojczystym językiem, albo w ogóle nie ma o czym mówić.
A co do nudy powtarzalności sytuacji i problemów… Cóż… Myślicie, że nas też to nie nudzi? Niestety życie z autystycznymi dziećmi, które od wielu lat dziećmi nie są, nie kończy się optymistycznym zwrotem akcji. Cały czas powtarzają się te same tematy, problemy nadal nie znajdują rozwiązania, a na końcu rozdziału nie pojawia się Cukrowa Wróżka wyczarowująca dwoma machnięciami różdżki Happy End.
Wracam. Będę tu robić to, co robiłam przez ostatnie… siedemnaście (?!?) lat. Przyznacie, że trudno tak sobie porzucić siedemnastoletni nawyk?