Dlaczego Ustka? A dlaczego by nie? Byliśmy w Roermond, to i Ustka się nada…
Tak naprawdę pojechaliśmy do Ustki przez Jadowską i jej Garstki (a potem trochę Gracje). Trupów nie było. Krówki owszem. A sama Ustka kompletnie mi nie pasowała do tej z książki. O czymś zapomniałam?
To miały być takie mini-wakacje, bo przez dom na Ziemi Przodków nigdzie w tym roku mieliśmy nie wyjeżdżać. Mieliśmy… No OK, jeszcze do tego wrócimy. Póki co zostańmy przy: „To może wyskoczymy chociaż na długi weekend, przed sezonem, do Ustki?”.
Wyskoczyliśmy. Ale zanim do tego doszło, wysiadł nam samochód. Dwa dni przed wyjazdem. Jechaliśmy zastępczym, woniejącym płynem do szyb. Zresztą nie wiem, czy to był tak dokładnie płyn do szyb… Może do spryskiwaczy? Albo jakiś preparat do czyszczenia. Sześć godzin takiej podróży i nawet moje leki astmatyczno-alergiczne były bezradne, więc pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam po dotarciu na miejsce, była wentylacja. A wentylować się można było bez przeszkód, bo wiało, jak nie wiem. Znaczy jak to nad morzem. Ten wiatr i temperatura nie przekraczająca osiemnastu stopni były powodem siostrzanej szydery, bo Key nie mogła sobie odmówić komentarza: „Hm… nad polskie morze pojechaliście?”, a mnie się od razu przypomniały żądania Jaśka sprzed siedemnastu lat: „Mamo, ta woda jest zimna! Zrób coś!”.
Plaża
Plażowanie, takie tradycyjne, oczywiście odpadało. Ja jednak byłam zachwycona tą pustą plażą, szumem fal i trochę mewami, które malowniczo przysiadły na falochronie. Nawet jeśli na tej plaży musiałam siedzieć w kurtce. Bo ja kocham morze. A mój system nerwowy potrzebuje raz w roku sobie nad tym morzem pobyć i posiedzieć na plaży, wsłuchując się w kojący szum fal i wgapiając w odcienie niebieskiego, aż po horyzont. I gdyby mnie było kiedyś stać na finansową fanaberię (tak, wiem, że nie będzie… tak sobie gadam…), to byłby to domek nad morzem. Z tym, że Morze byłoby Tyrreńskie.
No właśnie: Morze i Tyrreńskie są dla moich synów synonimami. W sumie trudno im się dziwić, skoro od dzieciństwa wyjazd nad morze oznaczał Casti, prawda?





Co do mew… Te na falochronie bardzo ładnie pozowały do zdjęć. Te w porcie… wielkości mojego psa… przypominały raczej brygadę terrorystów, patrzących na ofiary z niewypowiedzianą groźbą: „Albo rzucisz mi tę frytkę, albo pogadamy inaczej.”. Były wielkie. Może się utuczyły na tych frytkach?
Ustecki port o tej porze raczej świecił pustkami (podobnie jak reszta miasta). Nieco gęściej robiło się gdy przybijał statek wycieczkowy. A wiadomo: Pirackiego Statku Kuba nie odpuści. Zresztą po doświadczeniach z Trójmiasta nikomu z nas nawet na myśl nie przyszło, żeby próbować.
No i miałam własną misję: zrobić zdjęcia Kapitanowi i Grubemu…
Rejs statkiem pirackim
Jak jedziesz na wakacje, nawet dwudniowe, z autystą, to główna zasada, jaką się kierujesz, brzmi: unikać problemów. Szczególnie, kiedy ktoś już ma problemy egzystencjalne. Rejs statkiem pirackim doskonale się nadaje do ich łagodzenia.
Kuba chyba nie do końca nam wierzył, bo huśtawkę nastrojów miał sztormową, i dopiero kiedy wszedł na pokład humor mu się przełączył w tryb wakacyjnych atrakcji. Następnych dwadzieścia minut było błogosławieństwem dla naszych nerwów. Podejrzewam, że Jakuba też.









Piter z rozrzewnieniem wspominał, jak to jest mieć pod stopami pokład, Janek robił zdjęcia lego, ja – lalkom, a Kuba chwilowo był zadowolony i kontemplował bezkres widnokręgu.
Mistral
Zdaje się, że Dom Wakacyjny Mistral był inspiracją dla książkowego pensjonatu Wielka Niedźwiedzica oraz kawiarni Vincent. To właśnie tu zatrzymaliśmy się na kilka nocy.






Pensjonat przyjemny, fajnie urządzony, położony w doskonałym do spacerów miejscu. Bardzo miła obsługa. Genialne desery. Śniadania niestety już nie. Poprawne, bez szału. Nie narzekałabym, gdyby nie koszmarne mazidło udające dżem i chiński miód. To może drobiazgi, ale niepotrzebnie psują dobre wrażenie. A ja się czepiam, bo wiem, że można inaczej. Wielokrotnie zatrzymywaliśmy się w miejscach, w których podawano prawdziwy dżem i miód z lokalnej pasieki.



Za Jankiem widzimy rewelacyjne desery (na przykład najlepsza beza, jaką gdziekolwiek jadłam) oraz kultowe krówki usteckie. I owszem, byłam nieco wzruszona, kiedy w naszym pokoju zobaczyłam te krówki. A potem w kawiarni książki Jadowskiej, które nas do Ustki przywiodły. Wraz z krówkami.
Drugim minusem były łóżka. My mamy specyficzne potrzeby, co do liczby łóżek, więc wzięliśmy apartament. Bardzo ładny, przestronny, z antresolą. Na której nie dało się spać, bo człowiek zaliczał zderzenie z sufitem, a w środku nocy dusił się z braku powietrza.
Na dole, w pokoju było wygodne jednoosobowe łóżko oraz dwie rozkładane kanapy, dość twarde i dające się we znaki w nocy parzącym nieco przez prześcieradło obiciem.
A na koniec urok łazienki… I nie chodzi mi o to, że wymiary metr na półtora nie są kompatybilne z grubą babą (to o mnie) czy mierzącym niemal dwa metry BlueBoyem. Raczej mam na myśli zapachy z kanalizacji…
Tak naprawdę na sześć miejsc do spania, wygodne było jedno łóżko. I przypadło ono Jakubowi. Bo Jakub urządził nam niezłą awanturę tuż przed wyjazdem…
Tylko nie Ustka!!!
O Ustce rozmawiamy od początku roku, kiedy to zdecydowaliśmy się zrezygnować z tradycyjnego urlopu i w zamian podgonić nieco prace budowlane na Ziemi Przodków. I wiele z tych rozmów odbywało się przy Jakubie, a dam głowę, że wręcz to z nim konsultowaliśmy. I nagle, tuż przed wyjazdem, histeria. Że tylko nie do Ustki i że w tym roku nie wyjeżdżamy na wakacje za granicę. I z jednej strony ja go rozumiem, bo wyjeżdża całe życie, ale z drugiej człowieka szlag najjaśniejszy trafia. I co by teraz nie zrobił, to będzie źle. Bo jeśli zostawi tak, jak jest, to przed, w trakcie i po wyjeździe będzie mieć horror o nazwie Wściekły Jakub, który jest wściekły nie dlatego, że lubi nam uprzykrzać życie, tylko dlatego, że jego poczucie bezpieczeństwa właśnie się wyzerowało i stracił grunt pod nogami, co jest dla autysty równoznaczne z paniką i końcem świata. Natomiast jeśli się ugniemy pod presją i jakimś cudem zorganizujemy zagraniczny wyjazd, to pokażemy, że szantażem emocjonalnym można wszystko załatwić.
Jest jeszcze jeden aspekt: pragnienie spokoju. W życiu, w którym co chwilę wybuchają emocjonalne bomby, w którym siedzi się na odbezpieczonym granacie, z dorosłymi dziećmi bez instrukcji obsługi, unikanie konfliktów jest podstawą przeżycia. Jednocześnie nie wolno stracić czujności. Mieliśmy kiedyś taki miesiąc, kiedy dla świętego spokoju odpuściliśmy chyba wszystko, byle nie dawać Kubie pretekstu do wściekłości. To był początek podstawówki i ja padałam na pysk ze zmęczenia, a do Pitera jeszcze nie do końca docierało, jak naprawdę wygląda codzienność, bo większość czasu spędzał w biurze lub na wyjazdach. I ja odpuściłam. Bo nie miałam siły. A potem wychodziliśmy z tego trzy lata, a i tak nie do końca jestem przekonana, że skutecznie. Bo Kuba nauczył się wymuszać na nas, co chce. I jeśli nie spełnialiśmy jego żądań, to mieliśmy piekło.
Tym razem udało nam się jakość opanować problem. Jak? Musicie uzbroić się w cierpliwość, bo mi się tu zbyt dużo wątków porobiło. Jakub zgodził się pojechać do Ustki, ale byle drobiazg był w stanie naruszyć jego kruchą stabilność emocjonalną. Dlatego dostał najwygodniejsze łóżko. Żeby przynajmniej wyeliminować złe samopoczucie po trudnej nocy.
I kiedy wydawało się, że już mamy wszystko pod kontrolą, okazało się, że Kuba nie ma niezbędnika…
Plecak
Piter miał jedno zadanie: spakować Kuby plecak. Ja zajęłam się całą resztą. On miał jedynie przygotować wyjazdowy niezbędnik dla Jakuba. Podróż przebiegła spokojnie, bo Kuba większość czasu oglądał widoki za oknem, ale na miejscu okazało się, że poza odtwarzaczem i dwoma serialami, niczego mu ojciec nie spakował.
Histeria. Wściekłość. Zaraz wszyscy umrzemy.
Bo Jakub nie ma szkicownika, kredek i flamastrów.
I jeśli wydaje wam się, że to śmieszne, to uprzedzam: nie jest. Bo w Ustce o siedemnastej zamyka się wszystko, poza kilkoma knajpami. A w knajpach nie sprzedają szkicowników i flamastrów. Więc resztą sił zwlokłam się i szukałam z Jaśkiem sklepu, w którym takie rarytasy można dostać. Bo Piter obraził się i na fochu odmówił współpracy.
Znaleźliśmy. Pepco.
A chwilę później Kuba zignorował zarówno zeszyt jak i flamastry.
I nastąpiło coś, co zdarza się tak rzadko, że muszę o tym wspomnieć.
Otóż załamałam się. I powiedziałam mojemu starszemu synowi, jakby był neurotypowym i empatycznym człowiekiem, że jest mi przykro. Bo ojciec zawalił i nie spakował mu rzeczy, ale ja od dwóch dni robię wszystko, żeby ten wyjazd był dla niego fajny. Chodzimy do restauracji na ryby. Zjedliśmy dobrą pizzę. Godzinę chodziłam po Ustce i szukałam tego bloku, mimo że widzi: ledwo się ruszam i z ogromnym bólem robię kilka kroków. I kiedy już z Jankiem znaleźliśmy to, czego mu tak bardzo brakowało, on dalej siedzi z obrażoną miną i nawet nie rozpakował torby.
I wyobraźcie sobie, że z Kuby zeszło złe powietrze. Wprawdzie do wyjazdu ani razu nie rysował, ale obejrzał kupione przez nas rzeczy, dołączył do wieczornej herbaty, obejrzał nawet w tv Asterixa, chociaż wcześniej awanturował się, że nie chce. Gadał po swojemu, normalnie odpowiadał na pytania, a następnego dnia zadowolony pojechał z ojcem i bratem na wycieczkę.
Mnie skasowało. Zostałam w pokoju. Z lekami przeciwbólowymi i elektryczną poduszką.
Ustka
Sama Ustka bardzo mi się podobała. Lubię takie kameralne miasteczka, szczególnie poza sezonem. Wszędzie tu blisko, a plaża jest dosłownie w zasięgu ręki.
W sezonie jest tu pewnie koszmarnie, ale chłodny koniec maja nie przyciągnął zbyt wielu turystów. Sporo sklepów i restauracji była zamknięta, albo czynna jedynie do siedemnastej.
Jak zwykle zaczęliśmy od Centrum Informacji Turystycznej i Informatora, w którym można znaleźć wszystkie niezbędne informacje: historię miasta, ciekawe obiekty, bazę noclegową i gastronomiczną a także planowane imprezy. Oraz oczywiście Plan Miasta.


Z tego Informatora dowiedzieliśmy się na przykład o muralach, umieszczonych w chodniku tablicach z nazwami bałtyckich ryb, historii starej osady rybackiej z nieistniejącym już kościołem (szkielet upamiętniający ten kościół widzicie na trzecim zdjęciu).
Z Mistrala (który oprócz „naszego” Domu Wczasowego ma w mieście jeszcze kilka innych obiektów) wszędzie było blisko. Dla mnie to ważne, bo nigdy nie wiem, kiedy mi się skończą baterie (pamiętam, pamiętam: akumulatory, bo baterii się nie ładuje, a ja jeszcze jestem w stanie odzyskać siły) albo kiedy utknę na równej drodze. Oprócz plaży i nadmorskiej promenady spacerowaliśmy sobie po centrum, albo chodziliśmy bulwarami w stronę portu. Niestety nie udało mi się przejść obrotową kładką – jedynie widziałam ją w akcji, czyli podczas przesuwania.
Ustka jest pięknie odnowiona i przyjemnie się ogląda (imitację?) belkowania szachulcowego, wille, a nawet domy uzdrowiskowe. Nie mogłam oprzeć się pokusie uwiecznienia jednego z pensjonatów… Tak naprawdę zrobiłam to zdjęcie, bo nikt by mi nie uwierzył w jego nazwę…
Na pozostałych fotografiach widzicie Jakuba zachwyconego nisko zawieszoną skrzynką pocztową, w nietypowym, bo niebieskim, kolorze (Kuba „kolekcjonuje” skrzynki pocztowe, na szczęście tylko na zdjęciach), mewę wielkości siedzącego JRT, kotwicę przed pomnikiem poświęconym Ludziom Morza i widok na główną ulicę miasta.











Teraz będzie wtopa: nie zrobiłam zdjęć bulwarów… Zajęta byłam dyskusją z Piterem na temat: Kto by tu chciał sobie kupować wakacyjny apartament? Mój mąż był zdegustowany pomysłem wyglądania przez okno na kanał portowy, więc zaczęłam się zastanawiać, co by mnie mogło przekonać do takiej koncepcji. Odpowiedź znaleźliśmy dość szybko: sezon. To znaczy akurat nas to odstrasza, ale wierzę, że dla wielu osób wakacje w samym centrum tętniącego do późnej nocy życia mają urok. A w sezonie całą tę pustkę wypełnia gwar (ekhem, ekhem), restauracyjne ogródki i mnóstwo ludzi. Kwestia gustu, ale wizualnie to mi się nawet podoba. Jedynie mając taki apartament korzystałabym z niego wyłącznie poza sezonem 😀
Paragony grozy
Podobno nic nie zastąpi osobistego doświadczenia, jednak chętnie bym z tej nauki zrezygnowała. Fakt: rachunek w portowej ZŁOTEJ RYBCE za cztery porcje ryby nieco nas pierwszego dnia znokautował, chociaż przyznaję, że ryby były bardzo dobre. Następnego dnia oszczędnościowo poszliśmy na pizzę do RESTAURACJI NEPTUN– zdecydowanie wartą uwagi, a na ostatnią kolację wybraliśmy się do MISTRAL GOTUJE (gdzie goście Domu Wczasowego mają zniżkę!).






Oszczędzę wam dziesięciu zdjęć ryby z frytkami. Doceńcie.
Jak widać: jedzenie podtrzymywało dobry nastrój Jakuba. W zwykłej smażalni dostał świetną rybę, a potem to powtórzył w Mistralu, gdzie zjedliśmy najlepsze fish&chips ever. A pizza, choć wielkością nie imponowała, a Włosi mieliby spore zastrzeżenia do grubości ciasta, była bardzo smaczna.
O wycieczce do bunkrów opowie wam Janek. Ja tylko wspomnę jeszcze o trzech obowiązkowych punktach turystycznych:
Ławeczka Ireny Kwiatkowskiej

Syrenka

Latarnia Morska



O, proszę: taką mieliśmy pogodę. Jednego dnia słonecznie, drugiego tylko patrzyliśmy, czy zaraz nie lunie.
Na latarnię chłopaki weszli sami. Starsze panie z toczniowymi stawami zostały na dole. Nawet mi chłopaki jakąś fotę z góry strzelili, ale nie doprosiłam się przesłania tego zdjęcia. Piter zapomniał również, że ma lęk wysokości (dlatego słabo go widać na tym zdjęciu po lewej) i uratowały go wyczerpane baterie w aparacie Kuby. To znaczy fakt, że musiał się skupić na ich wymianie.
To tyle, jeśli chodzi o nasz krótki, przedwakacyjny wypad do Ustki. Trupów na plaży nie było. Krówki owszem. Nerwów sporo. Pogoda w kratkę, jak to nad Bałtykiem. Mam nadzieję, że za rok czy dwa, oglądając zdjęcia w albumie, będziemy pamiętać tylko te dobre chwile, a zew morza nie raz jeszcze nas nad nie zawezwie.
