Jakub jest chory. Nic tragicznego, zwykłe przeziębienie, ale prawie tydzień siedział w domu. Znowu. Ostatnio nie jeździł na zajęcia przez dwa tygodnie, bo najpierw mieliśmy te nieziemskie upały, a potem Piter utknął w robocie i nie miał jak go wozić. I to jest taka sytuacja, kiedy największym marzeniem staje się odwożący Jakuba na zajęcia asystent, i jest ono totalnie nierealizowalne.
Jakub w domu nie jest najlepszą opcją. Dla nikogo. On musi wychodzić na zajęcia dla własnej higieny psychicznej. Dla mojej też, nie będę ściemniać. Wystarczy mi, że od pandemii mieszkam w biurze, a od jakiegoś czasu nawet w nim sypiam. Tak, w naszym przypadku określenie home office należy traktować dosłownie, a pojęcie migration naprawdę wywołuje psychosomatyczne perturbacje, chociaż absolutnie nie dotyczy nielegalnych migrantów.
Ale Jakub jest chory, kaszle koszmarnie, kicha i zużywa tony chusteczek, więc wysyłanie go gdzieś z domu nie ma najmniejszego sensu. Niech sobie spokojnie choruje w swoim pokoju, łyka tabletki i pije ziółka.
Problem w czym innym. Otóż dzisiaj Kuba ma imieniny i od wielu tygodni jesteśmy umówieni na basen-fala-w-łodzi. Kultowy, bo jeździł tam z Dziadkiem Maćkiem. Nie do pobicia. No i on na ten basen absolutnie nie może pojechać. I to jest problem.
Rozpoczynamy negocjacje.
Jest opór.
Ale ponieważ ten katar i kaszel, to opór jest jakby nieco słabszy, niż zazwyczaj.
W czwartek Kuba sam godzi się na przełożenie wyjazdu. Upewnia się potem pierdyliard razy, że wyjazd na basen-fala-w-łodzi jest PRZEŁOŻONY, a nie odwołany.
Madre jest rozczarowana.
Mnie trzaska kolano.
To znaczy nie widzę za bardzo powiązania między Kuby katarem i koniecznością zmiany planów, rozczarowaniem Madre, a moim cholernie bolącym kolanem. Ja tylko podaję fakty.
Wreszcie mamy sobotę, imieniny Jakuba, piękną pogodę i stres wagi ciężkiej.

Śniadanie. Prezenty. Jest Princes Daisy do kolekcji (Kuba od razu biegnie na górę po Peach, Mario i Luigiego – znaczy podoba mu się). Jest breloczek lego z Sonikiem (zgadnijcie od kogo). Są kartki z życzeniami (tu Kuby radość mąci nieco moja prośba o nagranie podziękowań dla Babci i Cioć).
Przekupujemy go kursem do PaperConcept po farby. I nieprzekupny Kuba idzie na to, bo dzień wcześniej wyszły mu biała, żółta, różowa, niebieska i zielona. Naprawdę nie wiem, co on aktualnie tworzy, bo jak zapytałam, do czego mu tyle białej potrzeba, to odpowiedział półgębkiem „Owl” i poszedł do siebie. Najwyraźniej potrzeba uzupełnienia akwareli bierze górę nad rutynowym urządzeniem piekła z powodu zmiany planów, więc idziemy za ciosem i proponujemy frytki w Hali Koszyki (bo na więcej nas nie stać), co – chyba z rozpędu – również zyskuje aprobatę solenizanta.
Dzień nam mija miło i przyjemnie, jeśli nie liczyć bólu przeszywającego moje kolano przy każdej próbie stanięcia na lewej nodze.
Wracamy do domu. Chłopaki bardzo zadowoleni. Ja się wczołguję po schodach na górę. Piter robi sos do lasagne.
Na basen w Łodzi pojedziemy za trzy tygodnie.