Ukończyłam właśnie Heksalogię Dory Wilk i sama nie wiem, czy bardziej jestem z siebie dumna, czy zdziwiona, że dobrnęłam do końca.
Początek tej podróży był niezwykle obiecujący: świetnie skonstruowana fabuła, wyraziści bohaterowie, wciągająca zagadka.
Jednak im dalej w las, tym robiło się coraz dziwniej i to nie z powodu wprowadzania nieziemskich wątków. W pewnym momencie jakby zabrakło pomysłu na ciąg dalszy i wartką akcję zastąpiły całe strony rodem z harlekina, przeplatane szczegółowymi opisami walk, tortur i dywagacji, mających wepchnąć w kolejne tomy całe uniwersum.
I być może taka forma ma wielu zwolenników, ale co do mnie, to tu nasze drogi się rozchodzą. Jakbym chciała harlekina, to bym go sobie kupiła. Podobnie z opisami lubującymi się w przemocy i okrutnym sadyzmie. Nie moja bajka, przerzucałam strony, byle nie zgubić głównej fabuły. A ta coraz bardziej kulała, żeby na koniec totalnie rozczarować.
Nie jest łatwo napisać sześć książek serii. I jak na początku byłam zachwycona stylem, pomysłowością i językiem Jadowskiej, tak przebrnięcie przez ostatnie tomy stawało się dla mnie coraz większym wyzwaniem.
Szkoda.