Ogród(ek) użytkowy.

Dynia nam uciekła. Na drugą stronę siatki. W ogóle ta dynia mnie przerosła. Dosłownie i w przenośni. Kompletnie zapomniałam, że ją posadziłam, potem przez jakiś czas nie wychodziłam z domu, a kiedy wyszłam – ta już się przedostała po siatce na drugą stronę. Niby żaden problem, ale trzeba wyjść z osiedla, pójść dokoła, przedrzeć się przez nawłoć… Jak na moje aktualne możliwości – mało zachęcające. Ale poszłam. I nawet udało mi się ją ściąć.

W ten sposób dochodzimy dość okrężną, acz adekwatną, drogą do tematu posta.

Zapragnęłam w tym roku uprawiać jedzenie. W sensie mniej gastronomicznym, a bardziej ogrodniczym. I poniosłam bolesną porażkę, z której właśnie wyciągam wnioski. Nie tylko wyciągam. Ja je zapisuję i uzupełniam dokumentacją fotograficzną! Bo zawzięłam się na następny sezon!

Wniosków mam kilka:

Po pierwsze: muszę sama ruszyć tyłek. Janek pomagał i podlewał z oddaniem, ale już z dźwiganiem konewki i nawożeniem nie daliśmy rady. I ja to sobie muszę jakoś wytłumaczyć, żeby mi się mózg odblokował.

Po drugie: sadzonki z Fabryki Rozsady. Zero dyskusji. I najlepiej od razu w zestawie. Żadnego wysiewania do kuwet i trzymania na parapetach. Ja nie mam parapetów, tak na marginesie.

Po trzecie: weź ty kobieto pomyśl, zanim coś zrobisz. Tak dla odmiany.

No to siedzę i myślę.

Na górnym tarasie nieźle nam poszły sałaty. Może dlatego, że ślimakom było za daleko i nie zeżarły. Rzodkiewka też dopisała. Z pomidorkami zawaliliśmy totalnie i tu wpisuję sobie na przyszłoroczną listę ogromne grożenie palcem!

Co tam jeszcze… O! Słabe wyniki mamy z cukinią i bakłażanem, ale że w ogóle coś wyrosło mnie zaskakuje, więc nie narzekam, tylko wyciągam wnioski.

Wyhodowałam jedną, słownie: jedną paprykę, co pozostawię bez dalszych komentarzy. Ale za to rabarbar w przyszłym roku wyeliminuje nam (mam nadzieję) wpisywanie na listę zakupów w warzywniaku.

Truskawkowe pole, o którym marzyłam, zeżarły Luna i ślimaki. Na krzaczkach też jakoś nie bardzo wyrosło… Wkurza mnie to, bo chciałabym mieć owocowy ogródek, a tu nie bardzo…

To może na dziś skończę te narzekania i pokażę wam kilka zdjęć z niezbyt udanego warzywnego eksperymentu?