Kto ukradł Święta (IKEA)?

W sobotę wieczorem okazało się, że nie mamy borówek do indyka. Po tym, jak się Janek krzywił do pałacowego ananasa. No i to był problem, bo po borówki trzeba jechać do ikei, czego zupełnie nie mieliśmy w planach.

Cóż, jak trzeba, to trzeba, bo jednak indyk bez borówek (I ANANASA) to nie to samo. Zapakowaliśmy się w auto w niedzielne przedpołudnie i pojechaliśmy do Janek. Ryzykując wiele, bo to ostatni weekend przed Świętami, więc i tłumy, i dźwięki, i brak miejsca na parkingu. Z Jakubem na pokładzie, jeśli wiecie, co mam na myśli.

No i teraz UWAGA!

W ikei nie ma świąt.

Nie tylko Bożego Narodzenia (bo oni teraz stawiają na idiotyczną inkluzywność), ale ŻADNYCH. Jul. Zimowe ferie. Śnieżna radość. Nic kompletnie.

Ten hektar hali przed kasami, zawsze wypełniony świątecznymi gadżetami, pusty jak w magazynie przed corocznym remanentem. Zero choinek, bombek, słomianych reniferów, materiałowych skrzatów, lampek choinkowych, pierniczków, grzańca bezalkoholowego, serwetek z czerwonym szlaczkiem, kubków i talerzy w gwiazdki.

Normalnie nas zamurowało.

A tam Kuba, że przypomnę. Od dziecka przyzwyczajony do ikeowego świątecznego miasteczka.

Borówek też nie było.


Żeby uratować sytuację (ja nie wiem: nastrój, niedzielę, a może i resztki zdrowia psychicznego) przejechaliśmy na drugą stronę do Centrum Handlowego, nazywanego w skrócie (moim zdaniem wybitnie niefortunnie) CHJANKI.

Udało się. Mamy życiowego farta, nie tylko z miejscami parkingowymi. Były dekoracje, gazeta w empiku, lody i odpowiednia atmosfera.

Borówki również.

A teraz fotorelacja: