Termometr na balkonie pokazał 44,4°C. O szóstej trzydzieści po południu. W sumie zimą powiedzielibyśmy, że wieczorem. W naszych […]
Autor: Jo
Ta książka ma wszystko, co mnie tak irytuje: podwójną narrację (z dodatkowymi cytatami), nieudolną główną bohaterkę i jej przebojową oraz odnoszącą oszałamiające sukcesy przyjaciółkę, aż nazbyt przypominającą charakterem moją siostrę kogoś, kogo dobrze znam i kto mi nieustannie urozmaica życie, dupków płci męskiej (bo przecież to feministyczna literatura, więc nie znajdziesz w niej jednego normalnego mężczyzny) i villę we Włoszech, która nie jest moja.
Ma też kilka zalet: wciągającą fabułę, zagadki, które trzymają do końca i człowiek chce poznać ich wyjaśnienie oraz włoską villę (która niestety nie jest moja).
Prognozy zapowiadają 38°C, BlueBoy ma szlaban na włóczenie się po mieście (chyba, że go ojciec podwiezie), Piter zawiesza Kubie udział w zajęciach poza domem. Lato.
Krótko mówiąc: umieramy, klimatyzator nam padł, chłodzenie podłogowe nie wyrabia a pies ostentacyjnie wchodzi pod moje łóżko na hasło: „Luna! Spacerek!”.
… czyli: czasami cuda się zdarzają.
Lato. Upał. Dla niektórych: wakacje. Dla mnie: horror. Nie tylko z powodu temperatury i palącego słońca. Nie mam butów.
Ja tu tak narzekam na BlueBoya, szczególnie w okresie przedświątecznym czy urodzinowym, że jego lista potencjalnych prezentów jest […]
Czyli mamy lato… A od dwóch dni nie można nawet udawać, że jest inaczej, bo poszły wianki i […]
Nadszedł czas corocznej higienizacji (jak się teraz ładnie nazywa czyszczenie zębów). To znaczy nadszedł już kilka miesięcy temu, […]
8 lat temu: OKMamy wyniki testów gimnazjalnych.Nie chcecie wiedzieć.Ja prawdę mówiąc wolałabym ich nie znać. Co było dalej? […]
Niezamierzenie wyszedł nam urodzinowy weekend Jakuba. Dzień urodzin był tak udany, że postanowiliśmy go przedłużyć o sobotę i niedzielę. Co nam z tego wyszło?
Nie było trupa na plaży, ani w kanapie, ale niewiele brakowało, a nadrobiłabym to zaniedbanie. Czyli kilka słów o naszych krótkich wakacjach w Ustce.
Przez jakiś czas próbowałam odzyskać trochę własnego, nienaznaczonego autyzmem życia. Rzadziej pojawiałam się na Rutynie zostawiając ją Jaśkowi, […]
Mieliśmy jechać dziś na wycieczkę z Kuby ŚDS. Po weekendzie wiedziałam, że nie dam rady. Czasami tak jest, […]
Jesteśmy trochę takimi psychofanami Leonardo… Chodzimy na wszystkie poświęcone mu wystawy, pojechaliśmy do Vinci i nie odpuściliśmy sobie […]
Stanowczo sprzeciwiam się pomówieniom, jakobym ignorowała urodziny Pitera. Nieprawdą jest absolutną. Ja się po prostu nieco pogubiłam w […]
Kończy się jedna z najdziwniejszych majówek w moim życiu. I nie mam tu na myśli tego, że nigdzie nie wyjechaliśmy, bo na ogół nie wyjeżdżamy. Byliśmy raz. W Sopocie. Nigdy więcej. Nie chodzi mi również o to, że spędzamy majówkę po polsku, czyli malując Jaśka pokój i robiąc grilla. Bo lubimy grilla, remont Jaśka pokoju sama osobiście wymyśliłam, a majówka była jedynym terminem, w którym Piter mógł się nim zająć.
Dziwność, czy też: najdziwniejszość tej majówki polega na tym, że nikogo nie zabiłam, a że mamy prawie dziesiątą wieczorem, jest szansa, że już tego nie zrobię.