1 września.
Przez wiele lat ta data oznaczała początek roku, bardziej niż 1 stycznia. Dzieci szły do szkoły. Zaczynała się coroczna karuzela: zakupy, plany lekcji, użeranie się ze szkolnym transportem, upierającym się, żeby odbierać Kubę zaraz po szóstej rano, bo mieszkamy na początku trasy… Ledwo to wszystko jakoś ogarnęliśmy i zorganizowaliśmy sobie codzienność, padało tradycyjne pytanie mojej teściowej, czy już sobie odpoczęłam po wakacjach. Cóż, moi rodzice nigdy mnie o to nie pytali. Podobnie jak o to, czy sobie daję radę i czy czasem nie potrzebuję pomocy. Zresztą nie tylko oni. Nikt nie pytał. Bo wiadomo: pewnych tematów się nie porusza. Jeszcze by się okazało, że trzeba pomóc albo w ogóle jakoś się zaangażować, bo jednak nie bardzo wypada udawać, że się nie wie…