Podobno media społecznościowe zabijają prawdziwe pasje.
Ale jak to? Przecież właśnie tam mnóstwo ludzi dzieli się swoimi pasjami! Przecież z internetu czerpie się inspiracje! To jak: zabijają?!
A zwyczajnie.
Wykreowany w mediach świat nie istnieje.
Że tym razem za bardzo streściłam?
No OK, OK. Rozwinę.
Media społecznościowe rzadko żywią się realiami. To znaczy może i się nimi żywią, ale wypluwają przetworzoną papkę, a wszyscy się na nią dają nabrać. Bo przecież tak naprawdę życie nikogo z nas nie wygląda jak na Instagramie, prawda? Nie jesteśmy tacy ładni (chyba, że ktoś akurat jest, to przepraszam!). Nie jeździmy co chwilę na egzotyczne wakacje. Nie zmieniamy co rok telefonu i w ogóle mamy pewnie jedną dziesiątą tych wszystkich must have, które na co dzień wciska nam w podświadomość przekaz medialny.
I jedni się z tego śmieją, ale inni biorą kredyty, żeby polecieć na wyczerpujące wakacje w koszmarnie turystyczne miejsce, nie dlatego, że sami chcieli je zobaczyć, ale żeby pokazać znajomym, że tam byli!
Jak to się ma do pasji?
Wprost.
Bo teraz nie można sobie zwyczajnie pisać dziennika, tylko to musi być od razu dzieło sztuki. Nie można posadzić pomidorków na balkonie, tylko trzeba mieć zaplanowany miniogród z fontanną i panelami słonecznymi. I ja nie mam nic przeciwko fontannie – sama posiadam, ani paneli słonecznych, ale gdzie się podziała spontaniczność i niedoskonałość?! Gdzie zwykła przyjemność grzebania w ziemi i zrywania borówek z podeschniętych, bo zapomniało się je podlać, a zapowiadany deszcz skończył się wraz z odświeżeniem strony z prognozą pogody, krzaczków? A jak relacja z wakacji, to kurna encyklopedyczny spacer po wszystkich zabytkach miasta, a nie zachwyt nad błękitnym niebem czy odbijającym się na ścianie budynku cieniem palmy (żeby było egzotycznie).
I to mi przeszkadza. Bo za każdym kliknięciem w takie foty mam wrażenie, że moje życie jest totalnie do niczego.
To znaczy jest do niczego, ale ja w tym niczym życzyłabym sobie mieć coś.
Dajmy na to jeżówkę. Bo jeżówka jest piękna. Albo wygrzebaną z piasku muszelkę.
A teraz journaling. Bo nie mamy już zwykłych pamiętników, tylko BuJo albo Traveler’s Notebbok. I mnie się osobiście ta koncepcja koncepcyjnie podoba, natomiast jej realizacja już niekoniecznie. Bo okazuje się, że ja nie potrafię głupiego dziennika pisać we właściwy sposób. Bo wystarcza mi zeszyt – niech będzie, że ładny, bo jestem snobką, i pióro – bo długopisami bazgrzę jeszcze bardziej. Ale kompletnie nie radzę sobie z dekoracjami, że o odręcznych rysunkach nawet nie wspomnę.
Albo dioramy lalkowe.
Kilka lat temu wystarczyło zrobić jakieś tło i strzelić kilka fotek. Teraz – czasami ciężko odróżnić, tak na pierwszy rzut oka, czy to prawdziwy pokój, czy makieta. A jak do tego dodamy wszechobecny AI, to już w ogóle można się pogubić, w jakim świecie żyjemy i czy na pewno.
Idealny świat idealnych produktów, wypełniony idealnymi ludźmi, z takimi samymi ubraniami, mieszkaniami, gotującymi śliczne dania i czytającymi po trzysta książek rocznie (oraz pokazującymi światu dowód na to w postaci naklejek w idealnych, artystycznych BuJo).
A co jeśli do tego świata nie pasujemy?
Jesteśmy, czy nas nie ma?