Postanowiłam umrzeć.
Nie żeby tak od razu. Żadnych drastycznych posunięć. Po prostu odmówiłam chodzenia po lekarzach i robienia badań. Z różnych powodów, ale także takiego, że mam dosyć.
Atmosfera w domu zrobiła się mało sympatyczna, a kiedy mój mąż po prostu zaszył się w swoim pokoju, do akcji wkroczył BlueBoy. Z argumentami mniej więcej takimi:
„Ja cię bardzo proszę, przemyśl to. Chcesz mnie zostawić samego z nimi dwoma?! Do końca życia?! Wolałbym, kurna, żebyś mi tu nie umierała, więc jeśli możesz zrób mi przysługę i umawiaj się z tymi cholernymi lekarzami! Zrób to dla mnie, jeśli ci tak bardzo na mnie zależy.”
Nie powiem, zamurowało mnie nieco. Że dziecko takie empatyczne. Ale potem przeczytałam to raz jeszcze i mówię: „Chwila… ja ja ja… Shrek, czy co?! Ja zostanę. Mnie samego. A CO ZE MNĄ??? Żadnego kocham cię mamo?”, więc mu mówię:
„No jak miło… Czyli chodzi ci wyłącznie o ciebie?”
Na co mój syn, który jeszcze niedawno w ogóle obrażał się śmiertelnie podczas rozmów o jego spektrum, odpowiada:
„Przecież jestem autystyczny, prawda?”
Tu mój intelekt poległ.
Żeby autysta wykorzystywał swój autyzm, aby postawić na swoim, świadomie i z premedytacją, to tego jeszcze w tym domu nie przerabialiśmy…