Stanowczo sprzeciwiam się pomówieniom, jakobym ignorowała urodziny Pitera. Nieprawdą jest absolutną. Ja się po prostu nieco pogubiłam w blogosferze, a poza tym już sama nie wiem, co mogę napisać, a czego nie. No i z tymi urodzinami było mniej więcej tak:

Chyba najmniej gotowy to był sam Piter i nawet zabronił nam wspominać, które to są te jego urodziny. Ale czujnie mnie obsztorcował, że mogłam siostrze napisać, że tosty były amerykańskie, a do nich, owszem, toaścik w postaci srebrnego Casanovy. I kiedyś to ja bym właśnie taki wpisik na bloga rzuciła, ale po tych wszystkich perypetiach, to ja już nie wiem co pisać. I gdzie. Bo mi się to całe blogowanie strasznie rozjechało. I chyba bezpowrotnie.
Ale nie miało być o moim kryzysie egzystencjalnym, tylko o urodzinach Pitera. Zatem z kronikarskiego obowiązku podaję, że owszem: tosty były BLT a następnie nasz rodzinny tort urodzinowy. Następnego dnia równie tradycyjny Pollo Allegro ze szparagami i siekana sałata. A w niedzielę (bo świętowaliśmy przez cały weekend) jubilat (Ops!) zrobił pizzę.
A że nie samym winem żyje człowiek, część soboty spędziliśmy na wystawie immersyjnej Leonardo vs. Michał Anioł, zastanawiając się, skąd komuś przyszło do głowy stawiać tych dwóch artystów w opozycji?!
Piter z godnością przyjął fakt swoich urodzin, jak również nowego grilla i gofrownicę. Nie wiem, czy zajadanie stresu jest dobrym pomysłem, ale… przychodzi mi na myśl kilka gorszych…