Postanowiłam zrobić przerwę w użalaniu się nad brakiem włoskich wakacji. I w ramach tej przerwy sięgnęłam po czekającą na swoją kolej książkę. O Włoszech. Wszędzie przestrzegają, że zbyt radykalne zmiany mogą zaszkodzić zdrowiu…
Może nie jest tak źle (w sensie: aż tak), skoro sięgnęłam po Talkę. Bo z Leszkiem Talko relacje mam skomplikowane. Najpierw bardzo go lubiłam, potem bardzo nie, a od dłuższego czasu po prostu zachowuję dystans, czyli omijam. Znaczy nie samego Talkę, bo go nigdy nie poznałam, tylko jego twórczość. Ale miażdżona nostalgią (za Włochami, w sensie Italią, nie autorem omawianej książki), z trudem ignorując zabawny, ha ha, tytuł, wzięłam tę książkę na warsztat.
I powiem tylko tyle: jest świetna.
Nie mam pojęcia, na czym to polega, bo przecież przy Toskanii Pedantuli zgrzytałam zębami tak, że poważnie zaczęłam rozważać wizytę u mojego stomatologa, a to książka identyczna gatunkowo i tematycznie! Polacy, kupują dom w Toskanii, ten dom ma swoje… osobliwości, poznają ludzi, w tym innych Polaków, którzy wcześniej przeprowadzili się do Toskanii, asymilują się (lub nie) i prowadzą mniej lub bardziej dolcze wita.
I tu niespodzianka! Książka Talki bardzo mi się podobała!
Więc to nie jest zazdrość, że też tak bym chciała, ale nawet pomarzyć o tym nie mogę, bo aż taką masochistką nie jestem. Nie jest też sympatia/antypatia do autora, bo za żadnym z nich nie przepadam. O co tu chodzi?
A może… Może po prostu Dolcze wita jest dobrze napisaną, wciągającą czytelnika, książką?
Jak myślicie?