Wsiadłam na rower. Pierwszy raz w tym roku. Tak, wiem że mamy połowę lipca.
Wcześniej rower nie wchodził w grę, bo było za gorąco, albo lał deszcz.
W tak w ogóle, to od wielu miesięcy stawy odmawiają mi współpracy do tego stopnia, że miewam problem z utrzymaniem widelca i noża. Albo siedzę w pokoju całymi dniami, bo zejście po schodach jest poza moimi możliwościami. Nawet jak jechaliśmy na dyżur do Pałacu, to podwoził mnie Piter, bo po płaskim jakoś się toczę, byle nie za daleko.
Jasne, że byłam u lekarza. Zlecił badania na cito! Nawet nie dyskutowałam. Z tym, że u mnie cito! oznacza jak będę mieć pieniądze, bo tak jakoś się składa, że muszę za nie zapłacić.
Ale miało być o rowerze.
No więc wsiadłam na ten rower. Zrobiłam kółko wokół osiedla. Umowne dziesięć minut. I umarłam.
Nie mam pojęcia, jak jutro pójdę do Pałacu wieszać fotopułapkę.
Nie że zwierzyna się przestraszy ducha. Raczej, że ja tego ducha ostatecznie wyzionę. W połowie drogi. I wtedy BlueBoy będzie miał problem: iść dalej do pracy, czy jednak zostać przy moich zwłokach, aż ktoś je zabierze.
Chyba powinnam codziennie wsiadać na ten dziesięciominutowy rower… Ale znowu zapowiadają nieziemskie upały, więc już sama nie wiem… Wszechświat oferuje mi drogę na skróty do tej Wieczności, czy co?