Niezamierzenie wyszedł nam urodzinowy weekend Jakuba. Dzień urodzin był tak udany, że postanowiliśmy go przedłużyć o sobotę i niedzielę. Co nam z tego wyszło?
Zaczęło się tradycyjnie, od prezentów. To znaczy od oczekiwań Jakuba, że go prezentami zachwycimy i braku chęci do ułatwienia nam tego. Na przykład w postaci listy życzeń. I to jest ten moment, kiedy naprawdę nienawidzę kupowania prezentów, bo cokolwiek zrobisz, będzie źle. Na ogół.
Potem musieliśmy rozwiązać problem imprezowy. Bo z jednej strony Kuba zawsze świętował w szkole i był przyzwyczajony do dwóch (albo i trzech) tortów. Pytanie brzmiało: „Czy robić mu urodziny w Ośrodku?”. Bo wiem, że niektórzy podopieczni takie imprezy robili. Problem w tym, czy Jakub też chciałby. No i jest to jedno z tych pytań, na które nie jesteśmy w stanie uzyskać od niego odpowiedzi.
Zanim zdążyliśmy podjąć jakąś decyzję, okoliczności życiowe podjęły ją za nas i Kuba został w domu. Powiedzmy, że w ramach urodzinowego dnia wolnego. I okazało się, że takie rozwiązanie bardzo mu pasuje.
Powiedzmy sobie szczerze: bycie rodzicem autysty można porównać do wyzwań, na jakie trafia ślepy saper-detektyw na polu minowym. Ale wracając do dwudziestych dziewiątych urodzin Jakuba: udały nam się nad wyraz dobrze!
Piątek
Po pierwsze: solenizant miał dobry humor. Od rana. Przez cały dzień.
Po drugie: spodobały mu się prezenty. A dostał zestaw akwareli i pędzelki, koncert Tiny Turner na DVD oraz jeża. No i z tym jeżem to ja się jednak nie popisałam. Bo zobaczyłam, że żółty. A żółty w moim mózgu ma połączenie z Tailes. I dopiero mnie Janek uświadomił, że Sonic. Dokładniej Super Sonic. Po zdobyciu szmaragdów. Dlaczego szmaragdowy Sonic jest żółty? O to chyba musicie spytać kogoś innego. Ale Kuba był bardzo zadowolony i nawet oszczędził mi przypomnienia o Księżniczce Daisy na imieniny.
W tym momencie pojawia się w naszej opowieści Piter.
Bo Piter miał genialny pomysł, żeby sprezentować Jakubowi na urodziny rakietę tenisową, ponieważ Kuba swoją jakiś czas temu uszkodził i grał zastępczą. No i wszystko by było cud-malina, gdyby nie to, że mój mąż tradycyjnie temat zawalił, a kiedy sobie o nim przypomniał, cierpieliśmy na zapaść finansową po powrocie z Ustki.
Zanim doszło do morderstwa w afekcie (które jednak uznałam za nietaktownie spóźnione – trzeba było się tym zająć w Ustce, żeby utrzymać się w konwencji), przyszły renty chłopaków i gnany wyrzutami sumienia oraz moją milczącą pogardą Piter, w przerwie między kolejnymi spotkaniami służbowymi, podjechał do sklepu koło osiedla, a tam – nie wierząc we własne szczęście, dopadł odpowiedniej rakiety tenisowej, do której dorzuciłam kilka drobiazgów (oczywiście, że pojechałam z nim… co za pytanie? przecież ktoś musiał zapłacić!). Ten tenisowy zestaw, wręczony przy torcie, został przyjęty z prawdziwym zadowoleniem.
Kuba był cały dzień na luzie. Było malowanie (aktualnie powstaje kolekcja Muppetów). Było pollo allegro i nasz tradycyjny tort urodzinowy z akompaniamentem gitarowym BlueBoya, który na ten jeden dzień zawiesił bratobójczą broń. A kiedy dzień dobiegał końca, czekała nas niespodzianka.
I tu przechodzimy do wywołującego dyskomfort tematu życzeń dla Jakuba.
Ponieważ, jak wielokrotnie pisałam, Kuba nie korzysta z telefonu, maila, messengera, WA, IG, FB i innych liter internetu. Być może jest jedyną taką osobą na świecie, którą znacie, ale nie-ko-rzys-ta. Nie czyta życzeń na FB. Nawet kiedy mu je pokazuję, przelatuje niechętnie spojrzeniem i tyle. Od dziecka nienawidził rozmów telefonicznych. Na używanie messengera nie dał się namówić nawet Dziadkowi Maćkowi. Próbowaliśmy wiele razy, w różnych sytuacjach. Rezultat zawsze był ten sam.
Poproszony do telefonu Kuba cierpi. Na ogół nawet nie odpowiada, tylko wysłuchuje, z trudem, tego, co ktoś do niego mówi, po czym oddaje słuchawkę. I po latach takich doświadczeń ja po prostu zaczęłam odmawiać uczestniczenia w takiej formie składania Kubie życzeń. Bo życzenia mają być czymś miłym dla solenizanta, a nie przymusem, wywołującym nerwowe tiki i zaciskanie szczęki.
Przekazywanie życzeń na moje ręce ma jedynie taki sens, że ja wiem, że ktoś pamięta. I jest to bardzo miłe, bo nikt nie musi. Więc jeśli to robi, to ja naprawdę doceniam i jest mi miło. Ale już prośba o przekazanie ich Jakubowi ma mniej więcej taki sam sens, jak to, co opisałam powyżej. On tego w ogóle nie odnotowuje.
Jaki jest zatem sposób na złożenie KUBIE życzeń z dowolnej okazji?
Pierwszy to osobiste uściski, o co trudno. Chyba, że jest się Kuby gościem. Drugi, to wysłanie mu kartki pocztowej. Bo ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, Kuba kartki czyta, trzyma przez parę dni na biurku, a potem przechowuje w metalowym pudełku po ciastkach. I, co najciekawsze, potrafi skrupulatnie rozliczać bliźnich pod kątem tego, kto mu kartkę przysłał…
I z jednej strony jest to proste, prawda? Jest taki Jakub, autysta, który akceptuje jedyną formę komunikacji: listy i kartki. A za każdym razem rozgrywa się ten sam dramat. Życzliwe, miłe osoby składają mi życzenia dla Kuby, a ja ponownie wyjaśniam, jak jest, ale raz jeszcze udaję, że mu je przekazuję. A nawet nie udaję, przekazuję, tylko równie dobrze mogłabym gadać do ściany. Bo nawet nie, że do Luny – ta by zachęcająco pomerdała ogonem.
I jest mi tak strasznie źle, że rok w rok to muszę robić, sprawiając przykrość tym wszystkim miłym osobom. A jednocześnie szlag mnie trafia, że naprawdę nie można pamiętać o kartce. I jakoś daję sobie radę z krewnymi i znajomymi królika, ale najbliższa rodzina doprowadza mnie do rozpaczy. A jeszcze bardziej to, że niczego z tym nie mogę zrobić.
Wracając do wydarzeń kończących dzień urodzin…
Pika mój telefon. Wiadomość od mojej macochy: „Wysłałam Kubie życzenia. Podziękował mi i zapytał, z jakiej okazji. Słuchaj, komu ja te życzenia wysłałam???”. I powiem wam, że dawno tak się nie śmiałam. Kuba też, jak mu przeczytałam. A kiedy doszłam do: „Uściskaj go ode mnie!”, to już sam poleciał po te uściski. No ale Ciocia Ela, to jest Ciocia Ela. Tak się dziwnie porobiło, że moja macocha i mój ojczym, to dla Kuby były najulubieńsze osoby w rodzinie. Może dlatego, że zawsze traktowali go normalnie…
Kiedy nadal rozbawieni całą sytuacją szykowaliśmy się spać, zadzwonił dzwonek, a wraz z nim pojawiła się Marianna z kartką z życzeniami. I to jest cała Marianna, która potrafi przyjechać z drugiego końca miasta z kartką, której nie zdążyła wysłać, bo wie, jak ważne to jest dla Jakuba.
Sobota
Nawet pogoda w Polsce nie zmienia się tak nagle i niespodziewanie, jak nastrój Jakuba. Sobota od rana była dokładnym przeciwieństwem piątku. I właściwie nikt nie wie dlaczego. Nikt łącznie z Jakubem – żeby tu była jasność.
Późnym piątkowym wieczorem przyszły nagrane życzenia od mojej Sister. To znaczy po tej całej nieprzyjemnej kartkowej sytuacji, moja siostra postanowiła ich nie wysyłać, ale jej syn się oburzył, że nie po to nagrywali, żeby ich nie wysyłać i sam to zrobił. Kuba już spał, więc pomyślałam, że pokażę mu je rano. Ale że pokazywanie rano, tej chodzącej bombie, nagrania z życzeniami od rodziny, z którą łączą ją (znaczy Jakuba) skomplikowane relacje emocjonalne, było dość ryzykowne, to przesunęliśmy to na później. Bo później miała być PizzaHut. Z Tiną Turner.
Nikt nie wie, skąd się Kubie wzięła ta PizzaHut z Tiną Turner, na dodatek najchętniej w Arkadii, ale jeśli to go uszczęśliwiało… Wszak miał urodziny…
Tak dokładniej, to najpierw miały być pączki. Rutyna: jedziemy na pizzę przez Chmielną, gdzie kupujemy pączki. Czasami kupujemy też pluszowe krowy, ale to chyba nie ten rozdział. No i do tych pączków nie dało się dotrzeć.
Godzinę staliśmy w korkach i totalnym chaosie, bo na Nowym Świecie odbywały się jakieś parady, tylko nikt nie postawił znaków informujących o zamknięciu ruchu. A policja sobie radośnie migała kogutami, ale wpuszczała ludzi w jednokierunkowe pułapki bez przejazdu. No to spróbujcie sobie wyobrazić w tym wszystkim Jakuba, który dostaje histerii na czerwonym świetle…
Był korek. Nie było pączków. W przeciwieństwie do wściekłego Jakuba. I nawet pizza nie uratowała sytuacji.
Owszem, na moment mu mimowolnie drgnął uśmiech, kiedy Nicholas na koniec życzeń wytknął język, ale to wszystko. Pączki i pączki. Oszaleć można.
Można. Jeśli myślicie, że przesadzam, to nic nie wiecie. Sorry za szczerość. Taka prawda.
No więc idziemy przez tę Arkadię, Centrum Handlowe, nie że jakieś mityczne krainy wiecznego szczęścia, spokoju, ładu i beztroski. Ten drze szaty. Jaśka zaraz szlag trafi. A Piter zwiał pod pretekstem zakupu herbaty. I nagle widzę Blikle’go. A dokładniej: pączki w witrynie. I pytam: „Kuba, chcesz teraz tego pączka, czy spokojnie zaczekasz na jutro i Chmielną?”.
Kuba na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć przez dobre dziesięć minut.
I staliśmy tak. Nienaturalnie spokojna matka i skamieniały w decyzyjnej niemożności autysta.
Podejrzewam, że te pączki uratowały nam życie.
Niedziela
Czasem słońce, czasem deszcz.
Jakub wstał szczęśliwy i żartował sobie na temat pączków, przyznając, że woli te z Chmielnej (o mało nie spadłam z krzesła, bo Kuba takich rzeczy nigdy nie mówi – zastanawialiśmy się wielokrotnie, czy jego percepcja w ogóle wyłapuje tego rodzaju różnice). Zjadł gofry. Pomalował akwarelowe Muppety. Bardzo zadowolony z życia przyszedł po południu na domowe burgery z frytkami.
W sumie bardzo miłe urodziny. Świetnie wyglądają na zdjęciach w albumie.
Będę je odchorowywać przez tydzień.











Powyżej widać:
Kubę z kartkami od Babci Ewy i Cioci Doroty (one zawsze pamiętają, za co mają moją dozgonną wdzięczność) oraz z Marianną, a także: Super Sonica, rakietę Babolata, płytę z koncertem Tiny Turner i braterskie urodzinowe zawieszenie broni.
Nie widać: pączków, korków i nagrania z włoskimi życzeniami (moi siostrzeńcy nie wyrażają zgody na publikowanie wizerunku). Musicie uwierzyć na słowo.