Riposo

Prognozy zapowiadają 38°C, BlueBoy ma szlaban na włóczenie się po mieście (chyba, że go ojciec podwiezie), Piter zawiesza Kubie udział w zajęciach poza domem. Lato.

Krótko mówiąc: umieramy, klimatyzator nam padł, chłodzenie podłogowe nie wyrabia a pies ostentacyjnie wchodzi pod moje łóżko na hasło: „Luna! Spacerek!”.

Oglądamy zdjęcia z włoskich wakacji i kręcimy z niedowierzaniem głowami: jak my to wytrzymywaliśmy?!

Wprawdzie staraliśmy się jeździć poza sezonem, ale przez kilka lat z powodów niezależnych od nas trafialiśmy w piekielny okres czerwiec-sierpień i chociaż bywało niełatwo, to nikt nie umarł. OK, można skomentować, że młodsi byliśmy. Ale rok temu??? Bo na tytułowym zdjęciu widzicie rozpływający się w słonecznym żarze termometr na aptece w Casti. I wprawdzie Valentina zainstalowała zbawienną klimę, ale przecież nie spędzaliśmy urlopu siedząc w wakacyjnym mieszkaniu! A na zewnątrz nie dało się chodzić wyłącznie w cieniu rzucanym przez pinie i budynki! Zresztą ten cień niewiele dawał, bo wszędzie było jak w piekarniku z termoobiegiem. Poza plażą. Bo tam jednak morze robiło co należy i dawało trochę znośniejsze warunki.

Ale potem sięgam po ubiegłoroczny dziennik i czytam, jak to musieliśmy zrezygnować z flamingów, bo rozlewiska wyschły na śmierdzące mułem błoto. Albo o zdziwieniu, że w kościołach było tak duszno i gorąco, co w połączeniu z dobiegającym zza okien obłędem cykad powodowało psychodeliczne odjazdy. I że prawie wina nie piliśmy, bo nie dało rady. I tak sobie myślę, że to chyba nie tylko starość. Pogoda daje nam popalić. Mnie spaliło słońce mimo trzech warstw blokera!

Riposo to południowy odpoczynek. Pozamykane sklepy i przerwa w pracy. Jeśli chcesz przeżyć włoskie lato – robisz to samo, co Włosi. Chociaż ja najchętniej z tej włoskiej letniej tradycji zaadoptowałabym villę na wsi… Z basenem… I tak, jak starożytni (a potem bardziej współcześni) patrycjusze, opuszczałabym rozgrzane miasto na trzy miesiące, żeby siedzieć w cieniu drzew i moczyć tyłek we własnym basenie. No dobra, niech będzie, że „i słuchać cykad”. Jakieś koszty trzeba ponieść.

Tymczasem nasza „villa” nadal w trakcie budowy i raczej końca nie widać. Pewnie dlatego, że do patrycjuszy daleko nam tak, jak naszemu kurnikowi do Villa d’Este. Siedzimy w domu i cieszymy się, że go mamy, nawet jeśli niczym nie przypomina willi z basenem.

A co do riposo, to na szczęście możemy je rozciągnąć na cały dzień. Poza Piterem, który musi się jakoś doczołgać do służbowego kompa i wytrwać przed nim dziesięć godzin. I to jest jedyny PLUS naszej życiowej sytuacji 😀