A imię jego czterdzieści i cztery…

Termometr na balkonie pokazał 44,4°C. O szóstej trzydzieści po południu. W sumie zimą powiedzielibyśmy, że wieczorem.

W naszych kategoriach osiągnęliśmy poziom: „Jo ignoruje istnienie żelazka.”, co można przełożyć na: „stan bezpośredniego zagrożenia”. Bo ja żelazka używam nawet na wakacjach, chociaż przyznaję, że od dwóch czy trzech lat zdarza mi się robić wyjątki.

A teraz nie tylko nie używam żelazka, ale na dodatek zakazałam włączania suszarki i rodzina złorzeczy wciskając się w chropowate skarpetki i używając szorstkiego ręcznika. Ale po co włączać suszarkę, jeśli wszystko schnie w ciągu godziny?!

Obawiam się, że przez te upały stanę się życiową minimalistką. To byłby dramat. Dla wszystkich.

PS.
Tak, BB nadal siedzi w domu. Kuba również, co oznacza, że jutro nie pojedzie na konie. Trzymajcie za nas kciuki…