Poniedziałki od dawna są moim ulubionym dniem tygodnia. Przez lata przynosiły chwilę spokoju po rodzinnym weekendzie, albo – co gorsza – wakacjach. Chłopcy szli do szkoły, mąż do pracy i w domu na kilka godzin zapadała kojąca cisza. Dosłownie. Wyłączałam wszystko, co wydawało jakiekolwiek odgłosy. Mój przestymulowany dźwiękowo mózg rozpaczliwie potrzebował ciszy…
Od pandemii wszystko się zmieniło: synowie pokończyli szkoły, a mąż przeniósł się na home office. Czyli codziennie, przez cały tydzień, miałam tu dwóch autystów i nieustające calle w lengłidżu, po osiem godzin day by day.
Od jakiegoś czasu jest lepiej. Kuba jeździ na zajęcia, a Piter w poniedziałki pracuje z biura. Pozostaje BlueBoy, ale trudno: nie można mieć wszystkiego.
Ten dzisiejszy poniedziałek możliwe że ratuje nam życie. Ponieważ Kuba tak nas zmaltretował przez ostatnie dwa dni, że chyba pierwszy raz dawaliśmy sobie zmiany, żeby go nie zabić. I nie jestem pewna, na ile to stwierdzenie jest metaforyczne.
Nie żeby wcześniej Jakub nie miał takich akcji… Miał… Nie raz… Może my mieliśmy większą odporność psychiczną? Może nie chodziło o tak idiotyczne powody serii awantur? Cholera wie. Bo tym razem… Ale może opowiem od początku.
W sobotę wybieraliśmy się na Ziemię Przodków.
Może nie konkretnie tam, bo wizytowanie niedokończonego kurnika na zarośniętym chwastami polu przekracza moje możliwości i jeśli coś będzie ostatecznym powodem rozwodu, to właśnie ta budowa oraz stosunek mojego męża do finansów (koniec świata, że mówię takie rzeczy… te o finansach…), ale w związku z tym. Ponadto dzisiaj jest rocznica śmierci mojej Teściowej i Janek domagał się wizyty na cmentarzu, a szwagrowi udało się kupić dla nas orzechy – jak widać powodów było kilka. Ostatni z nich: flaki z piaseckiego Rarytasa, był przygotowany z myślą o Jakubie.
I jeśli teraz pytacie: „Co tu może pójść nie tak?”, to odpowiedź brzmi: brak niedzielnego rosołu.
Że Jakub niemal nigdy nie je rosołu, kiedy ten rosół jest?
No ba…
Że jak widzi, że rosołu nie gotujemy, to jest rosołowa akcja?
Też mi coś…
Ale tym razem całą sobotę mieliśmy spędzić poza domem, z flakami w menu!!! Kto mógłby w ogóle przypuścić, że jakakolwiek kwestia rosołowa się pojawi?!
W każdym razie sobota zaczęła nam się histerią, a po dwóch godzinach podróży byliśmy w stanie tykającej bomby. A, bo może ja przypomnę, że mamy dwóch autystycznych synów, którzy średnio się tolerują… I Janek całą drogę miał założone słuchawki, więc po tych dwóch godzinach ostrego bombardowania muzyką, też nadawał się do pokoju wyciszeń…
Obiad. Nie mają rosołu w menu. Jest na szczęście devolay a Kuba zgłodniał. Łapiemy okazję i negocjuję z nim ten cholerny rosół. Bo już zapomnieliśmy o zasadzie skuteczności odpierania szantażu, czyli nie ulegaj żądaniom. Nie mamy siły, a musimy wrócić do Warszawy. Samochodem. W deszczu.
Zresztą tą zasadą w odniesieniu do Jakuba, to nie powiem, co można sobie zrobić. Pamiętacie makaron z Castiglione? Pół roku nam dupę truł, aż pękliśmy. Kuba, nie makaron. Może to jasne, ale mój mózg domaga się doprecyzowania.
Więc negocjujemy. Jakub zgadza się co do tego, że na rosół jest potrzebne mięso i warzywa, a jak wrócimy będzie za późno na zakupy (tym bardziej w niedzielę odpadają), zatem w poniedziałek po zajęciach pojedzie z ojcem do sklepu. I ugotujemy ten pieprzony rosół.
[nie masz autystycznego dziecka – powstrzymaj się w tym miejscu od komentarzy]
I sytuacja wydaje się ogarnięta. Wprawdzie Kuba robi niepokojący grymas na słowa „pyzy” i „naleśniki”, ale wyczerpani sytuacją lekceważymy to.
Nierozważnie.
Ponieważ niedziela zaczyna się od awantury o naleśniki. A kiedy, proszę bardzo, nie musisz ich jeść, na stół wjeżdżają tosty (które każę Kubie przygotować samodzielnie, powiedzmy że wychowawczo), wraca temat rosołu. I tu już Jaśkowi nerwy puszczają na całego. Pitera za moment szlag trafi. Kuba drze się i wali łbem w drzwi. A ja mam ochotę wyjść i nigdy nie wrócić.
Zamiast tego wykonuję jeden z największych wysiłków emocjonalno-intelektualnych w moim życiu, przy którym negocjacje z terrorystami są dziecięcą igraszką. Niewiele pamiętam, ale Piter mówi, że to było imponujące. Kuba się uspokaja i mamy ułożony plan działania. Z rosołem.
Wiem, pozostały jeszcze pyzy.
Reszta dnia mija względnie spokojnie. Jeśli mówimy o relacjach domowych, bo jeżeli mamy na myśli mój żołądek, to nie. Jakub zjada flaki, potem pizzę i jest nawet w dobrym humorze. Do wieczora, kiedy znowu wali w drzwi i nie potrafi powiedzieć, dlaczego.
Dziś pojechał na zajęcia. A ja się zastanawiam, jak sobie poradzić z tym wszystkim. Bo nie ma dla Kuby terapii, a ja nie zamierzam faszerować się środkami uspokajającymi. Próbowałam. Nie działają. To znaczy owszem, w którymś momencie zaczynają, ale potrzebna jest dawka, która mnie kasuje. A na to nikt w tym domu nie może sobie pozwolić.
Na Jakuba szantaże i awantury też.
Niestety do autystycznych dzieci nie dołączają instrukcji obsługi.
PAT