… czyli:
Dzień Super Matki Autysty
czy jakoś podobnie…
Serio, nawet nie wiedziałam, że mam dzisiaj święto, dopóki nie wyskoczyły na mnie z ekranu grafiki z kolorowymi puzzlami i zachwytami, że ach! i och! jakie to Matki Autystów są SUPER!
Przyjmuję, że ja też. A może nawet bardziej, jako że jestem Super Matką Autystów Razy Dwa.
I zanim ta cała zajebistość mi przewróci bezpowrotnie w głowie, szukam jakiegoś adekwatnego obrazka. O, na przykład takiego, jak na tytułowym zdjęciu. To mój ulubiony. Nie dlatego, że kocham półmrok i stan zagrożenia z ledwo zarysowanym refleksem złudnej nadziei. Tylko dlatego, że bez sentymentów oddaje prawdę.

Kiedyś się bardzo entuzjazmowałam tymi wszystkimi kolorowymi puzzlami i hasłami o dzielności. Teraz mam dosyć ich egzaltacji. Wyprztykałam się z entuzjazmu, dzielności i radzenia sobie na przekór całemu światu. Jakkolwiek górnolotnie to brzmi. Bo od nas oczekuje się właśnie takiej górnolotności. I tego, że będziemy dzielnie radzić sobie ze wszystkim. A ja mam dość. I życzę sobie realnego wsparcia ze strony państwa, które nie robi mi łaski, bo to jego obowiązek. I życzę sobie, że każdy, kto się tak moją dzielnością zachwyca, poświęcił pięć minut rocznie na realną pomoc. Dla mnie. Bo od niemal trzydziestu lat wykonuję jeden z najtrudniejszych zawodów świata. I nigdy nie mogłam liczyć na niczyją pomoc, wsparcie czy zrozumienie.
Poza Piterem.
Mam nadzieję, że w kalendarzu jest również Dzień Super Ojca Autysty. Bo w pełni na niego zasługuję.
