Przypominajka z FB

8 lat temu:

OK
Mamy wyniki testów gimnazjalnych.
Nie chcecie wiedzieć.
Ja prawdę mówiąc wolałabym ich nie znać.

Co było dalej?

Dalej było liceum. Niepubliczne. Z autorskim programem nauczania. Zanim do niego trafiliśmy, odwiedziliśmy kilka innych szkół. W jednej, takiej dla młodzieży ze specjalnymi wymaganiami, nawet przeszliśmy rekrutację. Piszę „nawet”, bo w pozostałych nie dotarliśmy do tego etapu. Tu owszem, zaliczyliśmy, ale od razu nam powiedziano jasno: Janek nie da rady. A oni, mimo wszystko, mają punkty i progi, jak w każdej innej szkole.

Dlaczego liceum?

To dość sensowne pytanie. Dlaczego nie jakaś szkoła zawodowa?

Odpowiedź jest prosta: bo by sobie nie poradził. A w szkole zawodowej nie ma nauczyciela wspomagającego. To znaczy jest, ale w szkole specjalnej, do której może nawet by się jakimś cudem dostał, bo spełniał kryteria, w sensie orzeczeń o niepełnosprawności i potrzebie kształcenia specjalnego, tylko wszyscy uważali, że szkoda go. Bo do tej pory funkcjonował w nieautystycznym środowisku i wrzucenie go w szkołę specjalną mogłoby przynieść więcej szkody, niż pożytku.

No i była jeszcze jedna trudność… Potencjalna szkoła musiała się mieścić w zasięgu naszych możliwości transportowych. Bo Janek nie poruszał się wtedy sam po mieście. Ciężko wypracowany szczytem jego możliwości było docieranie do pobliskiego gimnazjum, a ja i tak dostawałam zawału każdego dnia, ponieważ dla Janka zielone dla pieszych, na dwupasmowej ulicy, oznaczało, że może iść i pozostawało w sprzeczności z zasadą ograniczonego zaufania do zapierdalających naszą wylotówką kierowców.

I kiedy siedzieliśmy podłamani, jakieś dwa dni później, zadzwoniła do nas wicedyrektorka z tejże szkoły. Że tak cały czas myśli o Janku i o nas. I że jest taka niepubliczna szkoła, gdzie może by go przyjęli.

Pojechali. Piter z Jaśkiem. Na rozmowę. I w zasadzie wszystko było OK (jak w wielu niepublicznych szkołach z integracją), gdyby nie czesne. Bo ledwo zebraliśmy pieniądze na opłatę rekrutacyjną, a konieczność znalezienia w budżecie funduszy na comiesięczne czesne przekraczała nasze możliwości. Obracaliśmy ten budżet na wszystkie strony, ale bez cienia szans.

– Trudno – powiedziałam do męża. – Zadzwoń do tej szkoły, podziękuj, powiedz, że może w przyszłym roku spróbujemy, ale w tym, niestety, nie damy rady. Trzeba się zachować, skoro spotkaliśmy się tam z takim pozytywny przyjęciem.

No i Piter zadzwonił.

I dowiedział się, że „Proszę pana, my się nie zrozumieliśmy! Państwo płacicie tylko za rekrutację! A czesne pokrywa subwencja dla ucznia z niepełnosprawnością!”.

W ten sposób Janek został uczniem liceum. Umowę podpisywaliśmy dzień przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Jak potoczyły się dalej jego losy?

Może powinnam o tym napisać?