– pomyślałam rano słysząc padający deszcz i podciągając kołdrę.
Nieziemski upał, a potem przenikliwe zimno i deszcz. Typowe. Polskie wakacje kojarzą mi się właśnie z czymś takim. I jedynym naszym urlopowym wyjazdem w sezonie nad Bałtyk, kiedy po tygodniu nie mieliśmy żadnej czystej i suchej rzeczy do ubrania i czekaliśmy na Pitera, który miał nam coś przywieźć z Warszawy.
I ja nie mam nic do ludzi, którzy kochają Bałtyk w sezonie, ale jak sobie przypomnę te dmuchańce, automaty oraz namioty ze wszystkim po pięć złotych, to robi mi się słabo, a wspomnienie weekendu w Gdańsku sprzed dwóch lat, z tłumem naprutych piwem grubasów też mnie jakoś mało kusi.
Pewnie dlatego od dwudziestu pięciu lat jeździmy na wakacje do Włoch. I nie – nie przeszkadzają mi cykady, zapach czosnku smażonego na oliwie w samo południe, wieczorne aperitivo ani kolejka do restauracji, jeśli się zapomniało zarezerwować wcześniej stolik. Jakieś poświęcenia muszą być.
We włoskich wakacjach przeszkadza mi tylko jedno: mój brak tolerancji słońca i upału. Nic na to nie poradzę, zdrowie. Całą resztę biorę, jaka jest. Poza fazami Jakuba oczywiście, no ale na to nie ma recepty, bez względu na miejsce.
W sumie mogło być gorzej…
Moglibyśmy teraz siedzieć pod namiotem…
Eee, nieee… W ŻYCIU!