Dermatolog

Od paru godzin nie mogę wyjść ze zdumienia: trafiłam na lekarza, który nie tylko nie wpadł w panikę na hasło „toczeń”, nie dość, że wie, co mówi, to jeszcze wie, o czym ja mówię!

Moje dermatologiczne doświadczenia z ostatnich lat są dość przygnębiające. Najczęściej lekarki nie miały pojęcia, co ze mną zrobić, więc nie robiły nic (serio: dwukrotnie wyszłam z gabinetu bez żadnego leku, nawet takiego, który by mi doraźnie pomógł zmniejszając ból). Albo najchętniej odsyłały do reumatologa. Bo toczeń. Nie ważne że DLE nie SLE. Załamywało mnie to, bo reumatolog odsyłał mnie zwrotnie do dermatologa, jako że… DLE nie SLE. I jak już będę miała układowy, to wtedy proszę bardzo, ale póki toczeń jest skórny, to jednak dermatolog.

Ostatnich sześć lat toczniowego ping-ponga.

A tu dzisiaj, pan doktor, który zna się na rzeczy i od razu przechodzi do zadawania właściwych pytań (po 14 latach bycia toczniowym pacjentem łapię, które pytania mają sens, a które nie – prawda?) i zleca serię potrzebnych mu do całościowego obrazu badań.

Dla jednych jesień zaczyna się mimozami. Dla innych – nowym lekarzem od tocznia.

Wyjątkowo nie będę narzekać.