Lubimy wysyłać kartki z wakacji. Czy też raczej lubiliśmy. Przez lata z każdego wyjazdu wysyłaliśmy kilka pocztówek!
Najpierw skróciła nam się lista adresowa. Dramatycznie. I pozwólcie, że nie będę tego rozwijać, bo temat jest bolesny.
Ale potem… potem okazało się, że chociaż kartki nadal można kupić, to ich wysłanie wcale nie jest takie proste.
Na przykład w Italii nie można już kupić znaczka na Europę w każdej napotkanej Tabacchi! Trzeba iść na pocztę. Wypełnić jakieś formularze. I dopiero potem pani przynosi z magazynu znaczki. Jeśli macie farta. Bo jeśli nie, to po prostu usłyszycie, że nie mają.
W tym roku kartki przyjechały z nami do Polski. A kiedy pełni naiwności udaliśmy się na pocztę, dowiedzieliśmy się, że… znaczków nie ma… Bo znaczki przypisane są do konkretnej osoby, a pani, która właśnie była na dyżurze, znaczków na polską kartkę nie miała. I trzeba polować na innego urzędnika, albo szukać na innej poczcie.
Na innej poczcie była przerwa.
Zatem nie daliśmy rady wysłać kartek. Ani tych z Werony, ani tych z Wrocławia.
Znaczek na krajową kartkę kosztuje prawie 5 zł. I nie można go kupić. To ja mam takie głupie pytanie: Naprawdę ktoś się dziwi, że ludzie wolą wysłać sms’a ze zdjęciem?