1 września.
Przez wiele lat ta data oznaczała początek roku, bardziej niż 1 stycznia. Dzieci szły do szkoły. Zaczynała się coroczna karuzela: zakupy, plany lekcji, użeranie się ze szkolnym transportem, upierającym się, żeby odbierać Kubę zaraz po szóstej rano, bo mieszkamy na początku trasy… Ledwo to wszystko jakoś ogarnęliśmy i zorganizowaliśmy sobie codzienność, padało tradycyjne pytanie mojej teściowej, czy już sobie odpoczęłam po wakacjach. Cóż, moi rodzice nigdy mnie o to nie pytali. Podobnie jak o to, czy sobie daję radę i czy czasem nie potrzebuję pomocy. Zresztą nie tylko oni. Nikt nie pytał. Bo wiadomo: pewnych tematów się nie porusza. Jeszcze by się okazało, że trzeba pomóc albo w ogóle jakoś się zaangażować, bo jednak nie bardzo wypada udawać, że się nie wie…
Właściwie to ja generalnie nie miałam z kim pogadać. Całymi dniami siedziałam sama z dziećmi w domu, albo galopem odrabiałam całą domową robotę, żeby po ich powrocie ze szkoły usiąść z nimi do lekcji. Bo z Jankiem trzeba było zrobić raz jeszcze wszystko, co tego dnia miał w szkole. Dopiero wieczorem, po kolacji, mogłam przez chwilę porozmawiać z mężem, jak normalny człowiek, zanim padliśmy ze zmęczenia.
Życie towarzyskie? Może i są rodzice autystów prowadzący jakieś życie towarzyskie. Mnie się ono nie udało. Dawni przyjaciele przeszli dość szybko do kategorii dalszych znajomych, a z czasem słuch po nich zaginął. Nie mam pretensji. Ciężko się kumplować z kimś przyklejonym do autystycznych dzieci. Sama chyba też bym nie dała rady.
I właśnie z tej ogromnej frustracji, bezsilności i samotności zrodziło się moje blogowanie… Bo czasami trzeba wyrzucić z siebie emocje. Bo nieużywany język zanika i potem człowiek stoi jak ta kukła w rogu, nie potrafiąc sklecić jednego sensownego zdania. A blog pozwalał i pisać, i czasem mieć jakąś relację z ludźmi, którzy tę pisaninę czytali…
Nie wszystkim się moje blogowanie podobało. No bo to działa jakoś tak: możemy ci dokopać, ale tobie nie wolno o tym nikomu powiedzieć. A ja mówiłam i to publicznie, więc był foch. I poradzenie sobie z konsekwencjami tego focha zajęło mi kilka ładnych lat. W tym czasie blogi przegrały z social mediami. Nastała nowa era relacji międzyludzkich, ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Zaszyłam się w domu i powoli przestałam potrzebować ludzi, bo przynosili tylko zwątpienie i rozczarowanie.
A teraz siedzę przed kompem i piszę o początku. Na blogu, którego zapewne nikt nie będzie czytać. I pytanie: „Po co to robisz?” ciśnie się samo na usta. Czy tam klawiaturę. I w pierwszej chwili chcę odpowiedzieć: „A bo ja wiem?”. Ale w drugiej ta odpowiedź brzmi inaczej…
Żeby uporządkować Chaos. Żeby zachować w pamięci. Żeby było napisane.