Poza sezonem

Zabrzmiało tak jakoś metaforycznie, słusznie poniekąd, a mnie po prostu chodzi o wakacje.

Bo wakacyjny wyjazd poza sezonem, jest najlepszym, co można sobie zorganizować. Poza własnym letniskiem, rzecz jasna.

W sezonie jest za gorąco, za głośno i zbyt tłumnie. A tego nie lubimy. I to bardzo. Dopóki się dało wyjeżdżaliśmy z chłopakami nad morze na przełomie maja i czerwca. Zanim słońce spiekało człowieka na skwarek, a po lody trzeba było odstać w długiej kolejce. Zresztą kolejka jakakolwiek jest poza zasięgiem Jakuba i jedyną, w jakiej stał bez słowa protestu, była ta do atrakcji z okazji premiery Sonica 3.

Wracając do wakacji: pozasezonowe wakacje były dla nas jedynym pocieszeniem w czeluściach dramatu: „Co my zrobimy, jak oni pokończą te szkoły?”. Będziemy mieć przerąbane, ale przynajmniej spokojnie pojedziemy sobie na urlop we wrześniu. No i właśnie mamy wrzesień, a ja stoję nad walizkami i usiłuję nas jakoś sensownie spakować na tygodniowy wyjazd bez opcji prania.

Nienawidzę pakowania. Kiedyś pakowałam się w kwadrans. Odkąd mam chłopaków, pakowanie bagażu to wyższa szkoła, bo chociaż nie zabieramy już połowy domu i pontonów, to nadal trzeba się trzymać żelaznej listy, zawierającej komplety garderoby na każdą pogodę i zestawu rozrywkowego. Jak w maju Piter nierozsądnie uznał, że na dwudniowy wyjazd nie trzeba pakować Kubie zeszytu do bazgrania i zestawu kredek, to się skończyło dość nieprzyjemnymi konsekwencjami. Zatem lecę według listy i pakuję.

Jasiek nie ma butów.

To znaczy niby ma, ale moim zdaniem nadających się na spacer z psem, a nie na wyjazd do cywilizacji.

Czy od tygodnia proszę, żeby sprawdzili czego im brakuje? Bo przez tydzień spokojnie można uzupełnić?

Możliwe…