„Teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu.”

Jak w tym domu podejmowane są decyzje:

Styczeń. Robimy plany na rok 2026.
„Nigdzie w tym roku nie jedziemy. Robimy dom na wsi – ile tylko nam się uda.”
Janek: „A możemy jesienią pojechać do Wrocławia? Dam kasę, z trzynastki.”
Piter: „Dobra, to jedźmy jesienią na weekend do Wrocławia i Bolesławca. A może podjedziemy na chwilę do Bystrzycy? Kuba tak lubi tę reklamę? A to w sumie niedaleko…”

Luty. Przeczytałam Garstki z Ustki Jadowskiej.
„Piter, a może wyskoczymy chociaż na weekend do Ustki? Przed sezonem. Powiedzmy, że na taką spóźnioną majówkę?”.
OK. W maju Ustka, we wrześniu Wrocław i Bystrzyca. Załatwione.

Maj. Tuż przed wyjazdem do Ustki Kuba wpada w histerię, że „w tym roku bez zagranicznych wakacji” i odmawia wyjazdu do Ustki oraz urządza nam kilkudniowe piekło.
„Kurwa mać, ja nie wiem, jak ty, ale albo go zabiję, albo oszaleję… Damy radę wcisnąć gdzieś kilka dni w Weronie?”

Jedziemy do Werony. W sumie… Same rocznice! 35 lat emigracji mojej siostry i tyle samo mojego związku z Weroną. 25 lat naszych wyjazdów do Włoch, w czwórkę. I 20 wyjazd rodzinny do Italii. Ederle. Agri. Podróż sentymentalna.

Trzy dni to trochę mało, więc dokładamy Graz w drodze powrotnej, a następnie Bystrzycę Kłodzką i Wrocław.

Gdzieś koło Częstochowy gapimy się na jesienne polskie lasy i przysięgam: nie wiem kto rzuca uwagę o tym, że fajnie było jak jeździliśmy jesienią w góry. Pewnie ja. Ale Janek wcześniej już ten temat poruszał i to kilka razy.

„Słuchajcie, a może jak wrócimy z Włoch, to wyskoczylibyśmy na weekend w góry? Termy na moje stawy. Oscypki. Dwójniak…”
„O, i Gubałówka! Koniecznie Gubałówka i ta ulica w Zakopanem!”
„Jan… Krupówki??? Serio???”
„OK, to jedziemy jesienią do Bukowiny. Piętnastego.”

I oto dlaczego jesteśmy w Białce Tatrzańskiej.

Z pieskiem.

CIĄG DALSZY NASTĄPI