Werona’26. Arena

I teraz można się śmiać, ale przez 35 lat nie zwiedziłam nigdy Areny w środku.

Mam mnóstwo zdjęć z Piazza Bra z Areną w tle. Dziesiątki razy przechodziłam obok. Arena = Werona. Ale nigdy nie byłam wewnątrz, nawet wtedy, gdy moja siostra tam pracowała.

W związku z tym Arena di Verona znalazła się na pierwszym miejscu naszej krótkiej wakacyjnej listy.

Ponieważ trwa sezon operowy, arena amfiteatru zamieniona została na scenę i widownię. Dla wygody widzów zamontowano krzesełka (od Madre wiem, że jeszcze niedawno siedziało się po rzymsku, czyli na kamiennych stopniach). I chociaż w takiej scenerii trudno wyobrazić sobie walki gladiatorów, to chłopacy byli zadowoleni. Oni są wielkimi fanami Asterixa, a ten przecież co chwilę potykał się z Cezarem, a nawet lądował na arenie w postaci przekąski dla dzikich zwierząt.

Jak widać na zdjęciach: korytarze wokół amfiteatru imponują do dziś rozmiarem i surowością. Nie sposób nie pomyśleć o tych, dla których były jednym z ostatnich widoków w życiu.Straszne rozrywki mieli ci Rzymianie… Ale kto wie, czy zasady, którymi się kierowali, nie były bardziej przejrzyste od tych, które wymyśliła sobie współczesna cywilizacja…

Ze zwiedzaniem Areny trafiliśmy w wyjątkowy upał. Zupełnie nie spodziewaliśmy się go we wrześniu, więc zbyt długo nie chłonęliśmy atmosfery „chleba i igrzysk”. Zresztą prawdę mówiąc tam naprawdę za bardzo nie było co robić…

Poszliśmy na lody. Okazało się, że nasza lodziarnia jest w remoncie. Piter ratował sytuację znajdując inną, również z tradycjami. Te lody zjedliśmy siedząc na szerokich schodach Palazzo della Gran Guardia. Do samochodu dowlekliśmy się resztką sił, zahaczając o Salumeria Gironda po prowiant na kolację. Bo w ramach zniechęcania gości do korzystania z apartamentów jako wakacyjnych mieszkań, w znacznym stopniu zdekompletowano wyposażenie kuchni.

Chłopaki poszli na basen. Trzeba korzystać z możliwości, jeśli na następny dzień zapowiadane są burze i ulewne deszcze.