Werona’26. Castelvecchio

Padało od rana, a w nocy była burza. Jak na trzydniowy pobyt w Weronie, to słabo trafiliśmy z pogodą…

Ale po śniadaniu na tyle się rozpogodziło, że postanowiliśmy wybrać się do Castelvecchio. Samochodem. Uzbrojeni w parasole.

Parkowanie w tym mieście to jest po prostu zen. Olewasz całą resztę rzeczywistości i skupiasz się na szukaniu wolnego miejsca parkingowego. Z autystą na pokładzie – takim, co dostaje furii na czerwonym świetle przy każdym skrzyżowaniu, ta sztuka osiąga master level i jest prawdziwym: wytrzymaj albo zgiń. Psychicznie. No i wyobraźcie sobie jeżdżenie w tym stanie po całej starej Weronie, z zaciśniętymi zębami i niewypowiedzianą modlitwą błagalną o jakikolwiek kawałek czegokolwiek, na którym można zostawić samochód…

Niebiosa były łaskawe, bo najpierw przestało padać, a następnie już przy drugiej rundce (po całej środkowej Weronie) trafiliśmy na świeżo zwolnione miejsce, jakieś dwie minuty od zamku.

Opis:

Piter i Janek pokazują poziom wody podczas powodzi w roku… 188? (i wierzcie, lub nie, ale na każdej, każdej! tablicy ta ostatnia cyfra jest zatarta!!!).

Do zamku wchodzi się przez most, na którym zrobiłam kilka powyższych zdjęć. I to w zasadzie jest chyba jedyna atrakcja. Bo zamek w środku jest pusty. Tak generalnie. W pierwszej części stoją w pustych salach pojedyncze figury. Ze zwiedzania dalszej części zrezygnowałam, ale chłopaki mi relacjonowali, że też szału nie było.

Może chociaż Jane była zadowolona z tej wycieczki?


Spieszę z wyjaśnieniami:

Do Castelvecchio nie mogliśmy dotrzeć latami. Ja tam byłam na jakiejś imprezie w poprzednim życiu, bo dziedziniec jest czasem udostępniany na różnego rodzaju eventy. Zaliczyliśmy. Zdjęcia porobione. Możemy odhaczyć.