Wrocław

Do Bystrzycy pojechaliśmy ze względu na ulubioną reklamę Jakuba. Wrocław znalazł się na naszej liście dzięki Jaśkowi.

Od dawna męczył o ten Wrocław, a wiosną zadeklarował, że przeznaczy na noclegi swoją rentową trzynastkę. Sami rozumiecie, że była to propozycja nie do odrzucenia (chociaż nikt z nas nie posiada konia wyścigowego, o ile mi wiadomo). W ten sposób wracając z Werony, zahaczyliśmy również o Wrocław. A ponieważ Piter dysponował zniżką na jeden z hoteli, to zatrzymaliśmy się w miejscu na wystarczająco ekskluzywnym, żeby zatrzeć wcześniejsze wakacyjne niedociągnięcia.

Dla równowagi na obiad poszliśmy do pierogarni, żeby zachować równowagę, chociaż prawdę mówiąc, jak popatrzyłam na rachunek, to mam wątpliwości, czy nam się udało…

Janka trasa była prosta: Hans Klos i policjanci z paradokumentów telewizyjnych. Don’t ask.

Prawdę mówiąc Wrocław mnie rozczarował. I nawet nie mam tu na myśli rozkopanych wszędzie ulic, ale jakiś taki mało estetyczny eklektyzm architektoniczny (naprawdę się staram… doceńcie…), dobijający dość mocno. I ja rozumiem: lata zaniedbań i tak dalej, ale podobny miejscami Gdańsk wygląda naprawdę dobrze, więc nie o poniemieckość tu chodzi.

Stary Rynek

Co tu dużo mówić: Rynek ratował sytuację. I rzeka. Bo te wyspy są naprawdę urocze, a możliwość przejścia z jednego brzegu na drugi mostami łączącymi wyspy była przyjemnym doświadczeniem. Na Rynku zaś tętniło życie, co po spacerach bystrzyckich nieco nas w pierwszej chwili ogłuszyło.

Oczywiście, że polowaliśmy na Krasnale! Jakże by inaczej!

Chłopaki mają tych Krasnali znacznie więcej – ja w pewnym momencie dałam sobie spokój.

Wiecie, że ktoś wymyślił sprzedaż mapek Wrocławia z zaznaczonymi Krasnalami? ZA 50 ZŁOTYCH!!!

Poza tym Rynek rzucił się na wygłodniałych polskości Paniczów z całą gamą sieciowych knajp! Cud, że skończyło się pierogami, a nie fast foodem… Już nawet na ten rachunek ponarzekałam po cichu… Zresztą na koniec Janek zaprosił wszystkich na tradycyjną czekoladę do Pijalni Wedla, więc nie bardzo by wypadało…

Nie wiem, czy wystarczająco widać: Kuba upolował Pikachu.


Jeśli myślicie, że to już koniec…

Następnego dnia, po wyśmienitym śniadaniu hotelowym, zajrzeliśmy w jeszcze jedno miejsce…

Właściwie to już przywykliśmy… Janek zbierał pieczątki lego i w każdym miejscu, w którym jesteśmy, wiadomo, że padnie pytanie: „Eee, słuchajcie… czy moglibyśmy podjechać do takiej Galerii Handlowej… bo tam jest salon lego…”.

Rutyna!