Kuba nam wczoraj urządził trening przetrwania. Nie wiadomo, co mu nie pasowało, więc dla uproszczenia można uznać, że wszystko. A że zbiegło się to z naszymi deficytami cierpliwości, to… wiadomo…
I tu pojawia się bardzo trudny problem. Bo z jednej strony świadomość, że on jest sam ze sobą, ze wszystkimi problemami, mnie po prostu zabija. Nie mogę mu pomóc. Nawet rozmowa nie ma szans, bo Kuba nie jest w stanie powiedzieć, co go męczy, boli, niepokoi. Dlaczego mu źle. Czego się boi. Nie istnieje żaden poziom komunikacji, na którym mógłby to zrobić. Jest sam ze wszystkim. A ja nie jestem w stanie się przez to przebić.
Z drugiej strony: nikt z nas nie jest androidem. Mamy swoje emocje. Swoją wytrzymałość, czy raczej jej brak. Jesteśmy wykończeni. Nie brakuje nam empatii, ale mamy wyczerpane rezerwy emocjonalne.
No i drugiego autystę na pokładzie, który nie jest w stanie zrozumieć, że brat mu nie robi na złość swoimi wybuchami, tylko są one rezultatem Kuby nieradzenia sobie z problemami.
I znów długie rozmowy. Z Jankiem, bo z Kubą się nie da. Wyjaśnienia. Prośby o niezaostrzanie sytuacji na granicy eksplozji. I świadomość, że one niewiele zmienią, jeśli w ogóle cokolwiek.
Ale trzeba próbować. Bo może jakiś promil gdzieś padnie na urodzajną glebę i chociaż raz Jakuba podły nastrój nie wyzwoli w Jaśku chęci zamordowania brata i cała sytuacja nie skończy się parogodzinną awanturą…